18 lutego 2017

Vuelta a la Peña

Trzecia setka w tym roku. W ubiegłą sobotę minąłem się z grupą, ponieważ tego dnia mieli zorganizowaną oficjalną prezentację. Jako drużyna AACC Kapelmuur wybrali się rano na zrobienie wspólnej fotografii. Dzisiaj jednak udało nam się spotkać o godzinie 10:00 na jednym z miejskich placów. Zaplanowana trasa liczyła sobie 110 km. 

Było nas jedenastu, większość poznałem właśnie dzisiaj. Gdy byliśmy już w komplecie, brutalnym tempem jadąc, skierowaliśmy się na południe do Hostal de Ipiés, gdzie odbiliśmy na Caldearenas. Zanim dojechaliśmy do tej drugiej miejscowości, naszym oczom ukazało się dziwne zjawisko. Początkowo myślałem, że to dym, ale skąd miałby się tutaj wziąć? Ostatecznie okazało się, że to nisko zawieszona chmura, wysoka może na 50 metrów, która zalegała w dolinie. Gdy w nią wjechaliśmy, widoczność spadła do 50-100 metrów.

Od Caldearenas drogi już nie znałem. Pędziliśmy jak szaleni po pełnej zakrętów drodze. Mało nie potrąciliśmy jednego myśliwego, który z psem wybrał się na polowanie. Dalej pokonaliśmy dwa dosyć treściwe podjazdy. Na ich szczytach mieliśmy okazję znowu ujrzeć piękne, błękitne niebo, ponieważ chmurę zostawialiśmy w dole. Po dłuższym zjeździe z drugiej przełęczy dotarliśmy do drogi oznaczonej jako A-1205. Jeden z nas skrócił trasę i odbił w prawo na Jaca, natomiast my skierowaliśmy się w lewo. Czekał nas kolejny szalony, pełen zakrętów zjazd, tym razem po idealnej nawierzchni. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie do naszej drogi dołączyła Río Gállego. W miasteczku Anzánigo przez rzekę stoi przerzucony średniowieczny most. Dalej wjechaliśmy do szerokiej doliny, w której znajduje się Embalse de la Peña. Z jednej strony wpływa doń Río Gállego, z drógiej Río Aragon. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tam tak malowniczego miejsca. Prowadzi tamtędy (przez żelazny most na zbiorniku, następnie wydrążony  skale - obok zapory - tunel) alternatywna, bo omijająca fragment autostrady (w okolicach Puerto de Monrepós), droga do Huesca.

Do Jaca pozostało nam 45 km. Gdy wjechaliśmy na trasę A-132, jakość nawierzchni zdecydowanie się poprawiła. Czekał nas teraz kilkunastokilometrowy podjazd na Puerto de Santa Barbara (858 m n.p.m.). Jest to chyba najniższa przełęcz, jaką zdobyłem w Pirenejach. Jeden z kolegów zaczął odpadać od grupy. Nachylenie nie było duże, ale reszta narzuciła mocne tempo, więc Ángel z trudem utrzymywał się. W końcu dał za wygraną, a żeby choć psychicznie go wesprzeć, zostałem z nim. Na przełęczy reszta zaczekała na nas. Przyszła w końcu chwila na odpoczynek i wspólne zdjęcie, a po niej kolejny szalony zjazd, gdzie cudem uniknąłem wpadnięcia w dwie dziury w jezdni - jedne z nielicznych, jakie tutaj spotkałem. Lotem błyskawicy pokonaliśmy drogę do Jaca, obok której, z jednej strony znajduje się Aeródromo de Santa Cilia, natomiast z drugiej wioska Santa Cruz de la Serós, gdzie zaczyna się właściwy podjazd do Monasterio de San Juan de la Peña. Kilka chwil później byliśmy już w Jaca. Dwóch znajomych odbiło do swoich domów, my natomiast wróciliśmy do Sabi.

Od razu skierowaliśmy się do baru. W tym miejscu stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewałem: kilka rowerów w kilkanaście tysięcy euro oparliśmy o witrynę i tak je zostawiliśmy (nikt nawet nie pomyślał, aby je czymkolwiek do czegokolwiek przypiąć). Weszliśmy do środka, skąd naszych maszyn nie było widać, ponieważ do wysokości około 1,5 metra szyba była matowa. Zamówiliśmy po piwie, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, ale tylko ja byłem spanikowany, gdyż bałem się o swój rower. Co ciekawe, gdy wyszliśmy, wszystkie rowery stały tak, jak je zostawiliśmy. Nie ukrywam, że z punktu widzenia polskiego obywatela, będąc nauczony doświadczeniem nabytym w ojczyźnie, była to dla mnie rzecz nie do pomyślenia. Po owym należnym piwku rozjechaliśmy się do domów. Jutro powtórka z rozrywki, ale mam nadzieję, że na krótszej trasie.



© Luis G. L.


Dane:
114,74 km
3 h 43 min 03 sec
Vśr = 30,86 km/h
Vmax = 74,23 km/h

Słowo na dziś:
la calima/calina - mgiełka (widoczność w naszej dolinie była dzisiaj zaskakująco słaba, a powodem tego było naturalne zjawisko o takiej właśnie nazwie - wygląda to jak polski smog, ale nie jest zanieczyszczeniem powietrza i nie stanowi żadnego zagrożenia)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz