Pico del Águila – Szczyt Orła, którego wysokość według różnych źródeł szacowana jest na 1608-1629 m n.p.m. nie został dzisiaj przeze mnie zdobyty z uwagi na stan nawierzchni drogi prowadzącej do znajdujących się niedaleko wierzchołka anten telekomunikacyjnych.
Dla roweru szosowego droga ta była bardziej niż tragiczna: kratery, kamienie, resztki asfaltu i nic więcej. Muszę przyznać, że nie dziwi mnie fakt, iż władze nie widzą sensu w jej naprawianiu dla de facto kilku samochodów, które z rzadka tamtędy przejeżdżają, by dostać się do anten (wystarczy dobry samochód terenowy). Z drugiej jednak strony można by tam przyciągnąć trochę turystów (w okolicach początku podjazdu spotkałem dwa austriackie kampery), ponieważ widok na Embalse de Arguis i położone w dole miasteczko, które dało nazwę owemu sztucznemu zbiornikowi, jest całkiem okazały.
Drogą miałem odwagę jechać tylko przez kilka kilometrów, aż do wysokości około 1500 m n.p.m. To, co było dalej, nie zasługiwało na miano utwardzonej drogi, przejezdnej dla szosówki. Przy okazji, jestem pełen podziwu dla jakości opon marki C., które mimo zużycia, sprostały temu arcytrudnemu zadaniu w postaci przymusowego telepania się po okrutnych wertepach – nie złapałem żadnej gumy.
Trasa na Pico del Águila w zestawieniu najgorszych dróg w Pirenejach, jakimi miałem nieprzyjemność jechać, wyprzedza tylko fragment tej, która prowadzi w górę Valle de Aísa. Mimo wszystko odhaczam ten obowiązkowy do zaliczenia punkt w okolicach Sabi. Wystarczy porządny rower górski i w przyszłości nie powinno być problemu, by dojechać do końca.
Wybrałem się dosyć późno, bo przed godziną 16:00. Wiedząc, że druga ćwiartka trasy jest stosunkowo wymagająca, milcząco godziłem się na fakt, że wlokąc się po górach, do domu wrócę pewnie o zmierzchu.
Oczywiście nie ominęły mnie niestety standardowe ostatnio problemy z GPS – w jednym miejscu zgubił się sygnał, co spostrzegłem dopiero na szczycie podjazdu. Później musiałem zatrzymywać się dosłownie co kilka kilometrów i sprawdzać, czy ślad dalej jest zapisywany.
Po przeżyciu zjazdu tą koszmarną drogą z niezdobytego Szczytu Orła, udałem się w kierunku pobliskiego, mitycznego tunelu, który służył ludziom przez wiele lat, zanim niżej została zbudowana trasa szybkiego ruchu prowadząca przez dwa podwójne (obok kilkunastu innych w tej części podziurawionej Sierra de Guara i kilku kolejnych w budowie) Túneles del Monrepós o długości 1449 m i 609 m. Ów tunel, który mam na myśli, to Túnel de Manzanera (nazwa pochodzi od jabłoni) – całe 590 m ciemności i strachu. Wjazd od strony południowej przedstawia jedynie czarną otchłań. Po pokonaniu około 20 m można dostrzec wylot. Słyszałem opinie, że ludzie dziwnie i niepewnie czuli się w środku. Spodziewałem się zobaczyć jakiegoś ducha, ale ostatecznie cały czas czułem tylko zapach stęchlizny, chłodu i wilgoci pochodzącej ze spływającej po ścianach i jezdni wody. Nie było tak źle, jak myślałem, ale w nocy tamtędy raczej nie odważyłbym się przejechać. Na szczęście dobra lampka przednia mnie uratowała (wewnątrz tunelu maź znajdująca się na czymś, co kiedyś było jezdnią, była dosyć śliska).
Specjalnie celowałem w ten odcinek, aby odkryć gdzie droga po drugiej stronie tunelu łączy się z główną trasą Huesca-Sabiñánigo. Okazało się, że w okolicach placu budowy, na którym stoi też sprzęt wykorzystywany do aktualnego remontu krótszego z głównych Túneles del Monrepós. Nie tracąc zbytnio czasu, zjechałem z przełęczy główną drogą, a później pokręciłem się jeszcze w okolicach Sabi, by dobić do 100 km.
Dla roweru szosowego droga ta była bardziej niż tragiczna: kratery, kamienie, resztki asfaltu i nic więcej. Muszę przyznać, że nie dziwi mnie fakt, iż władze nie widzą sensu w jej naprawianiu dla de facto kilku samochodów, które z rzadka tamtędy przejeżdżają, by dostać się do anten (wystarczy dobry samochód terenowy). Z drugiej jednak strony można by tam przyciągnąć trochę turystów (w okolicach początku podjazdu spotkałem dwa austriackie kampery), ponieważ widok na Embalse de Arguis i położone w dole miasteczko, które dało nazwę owemu sztucznemu zbiornikowi, jest całkiem okazały.
Drogą miałem odwagę jechać tylko przez kilka kilometrów, aż do wysokości około 1500 m n.p.m. To, co było dalej, nie zasługiwało na miano utwardzonej drogi, przejezdnej dla szosówki. Przy okazji, jestem pełen podziwu dla jakości opon marki C., które mimo zużycia, sprostały temu arcytrudnemu zadaniu w postaci przymusowego telepania się po okrutnych wertepach – nie złapałem żadnej gumy.
Trasa na Pico del Águila w zestawieniu najgorszych dróg w Pirenejach, jakimi miałem nieprzyjemność jechać, wyprzedza tylko fragment tej, która prowadzi w górę Valle de Aísa. Mimo wszystko odhaczam ten obowiązkowy do zaliczenia punkt w okolicach Sabi. Wystarczy porządny rower górski i w przyszłości nie powinno być problemu, by dojechać do końca.
Wybrałem się dosyć późno, bo przed godziną 16:00. Wiedząc, że druga ćwiartka trasy jest stosunkowo wymagająca, milcząco godziłem się na fakt, że wlokąc się po górach, do domu wrócę pewnie o zmierzchu.
Oczywiście nie ominęły mnie niestety standardowe ostatnio problemy z GPS – w jednym miejscu zgubił się sygnał, co spostrzegłem dopiero na szczycie podjazdu. Później musiałem zatrzymywać się dosłownie co kilka kilometrów i sprawdzać, czy ślad dalej jest zapisywany.
Po przeżyciu zjazdu tą koszmarną drogą z niezdobytego Szczytu Orła, udałem się w kierunku pobliskiego, mitycznego tunelu, który służył ludziom przez wiele lat, zanim niżej została zbudowana trasa szybkiego ruchu prowadząca przez dwa podwójne (obok kilkunastu innych w tej części podziurawionej Sierra de Guara i kilku kolejnych w budowie) Túneles del Monrepós o długości 1449 m i 609 m. Ów tunel, który mam na myśli, to Túnel de Manzanera (nazwa pochodzi od jabłoni) – całe 590 m ciemności i strachu. Wjazd od strony południowej przedstawia jedynie czarną otchłań. Po pokonaniu około 20 m można dostrzec wylot. Słyszałem opinie, że ludzie dziwnie i niepewnie czuli się w środku. Spodziewałem się zobaczyć jakiegoś ducha, ale ostatecznie cały czas czułem tylko zapach stęchlizny, chłodu i wilgoci pochodzącej ze spływającej po ścianach i jezdni wody. Nie było tak źle, jak myślałem, ale w nocy tamtędy raczej nie odważyłbym się przejechać. Na szczęście dobra lampka przednia mnie uratowała (wewnątrz tunelu maź znajdująca się na czymś, co kiedyś było jezdnią, była dosyć śliska).
Specjalnie celowałem w ten odcinek, aby odkryć gdzie droga po drugiej stronie tunelu łączy się z główną trasą Huesca-Sabiñánigo. Okazało się, że w okolicach placu budowy, na którym stoi też sprzęt wykorzystywany do aktualnego remontu krótszego z głównych Túneles del Monrepós. Nie tracąc zbytnio czasu, zjechałem z przełęczy główną drogą, a później pokręciłem się jeszcze w okolicach Sabi, by dobić do 100 km.
![]() |
| Droga przez teren Parque Natural de la Sierra y Cañones de Guara |
![]() |
| Embalse de Santa María de Belsué |
![]() |
| Embalse de Arguis |
![]() |
| Po lewej Pico del Águila z antenami |
![]() |
| Túneles del Monrepós - dalej krótszy, w środku budowany, u dołu dłuższy |
![]() |
| Straszny Túnel de Manzanera |
Dane:
103,86 km
4 h 31 min 46 sec
Vśr = 22,93 km/h
Vmax = 62,79 km/h
Słowo na dziś:
el manzano - jabłoń






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz