Valle de Aragüés – podejście trzecie, udane.
Za pierwszym razem jechałem od strony wschodniej, ale dotarłem tylko do miasteczka Aísa. Podróż w górę doliny, w której znajduje się owa wioska, odpuściłem z uwagi na zimny wiatr wiejący od Francji (i widoczne nad górami opady śniegu). Nie mogłem postąpić inaczej. Letni strój kolarski był jednak niewystarczający na te warunki. Kolejną tego dnia miała być rzeczona dolina. Nic z tego nie wyszło.
Za drugim razem atakowałem od południa, najpierw dojechałem do miejscowości Puente la Reina de Jaca, by później odbić na północ i po kilkunastu kilometrach skręcić w prawo w Valle de Jasa. Od miejscowości Jasa, od której nazwę wzięła dolina, trzeba przejechać jeszcze 2-3 km, by znaleźć się w Aragüés del Puerto, gdzie zaczyna się 10-kilometrowy podjazd prowadzący doliną Aragüés. Na końcu drogi znajduje się mały parking i Refugio de Lizara (ok. 1500 m n.p.m.). Tego dnia w Aragüés del Puerto odpuściłem dalszą jazdę. Nad górami zbierały się ciemne chmury i ostatnią rzeczą, jaką bym chciał, to zmoknąć gdzieś wysoko w górach, daleko od domu.
Dopiero podejście trzecie było udane. Trasa prosta, a zarazem trudna: Sabiñánigo – Jaca – Castiello de Jaca – pierwsza przełęcz w Sierra de los Angeles, na którą prowadzi drogą obok malowniczo położonego miasteczka Aratorés – Borau – druga przełęcz między Borau i Aísa – Aísa – trzecia przełęcz między Aísa i Jasa oraz zjazd drogą, gdzie w kilku miejscach od dawna nie ma asfaltu – i w końcu właściwy podjazd do Refugio de Lizara (droga co najmniej dobra jakościowo).
Pech chciał, że tego dnia przywiało jakieś chmury od wschodu, niebo się zamuliło, Słońce schowało, więc i temperatura spadła z 26-28 st. C do 21-23 st. C w dolinach. Chociaż wiedziałem, że u góry nie będzie wesoło w letnich ubraniach, jakie miałem na sobie, musiałem zaliczyć ten podjazd. Udało się, ale faktycznie, na szczycie było niespełna 15 st. C i wiał zimny wiatr. Ogrzałem się w schronisku, gdzie na ścianach wisiały mapy i zdjęcia Pirenejów, a pod sufitem powiewały buddyjskie, kolorowe flagi modlitewne z Tybetu. Po dłuższej chwili ubrałem na siebie wszystko, co miałem, czyli tylko cienką kamizelkę przeciwwiatrową, wyskoczyłem ze schroniska, szybko zrobiłem kilka zdjęć i czym prędzej ruszyłem w dół, aby zmarznąć jak najmniej. Średnio mi ta sztuka wyszła, ale udało się przeżyć, zarówno zjazd jak i przenikliwe zimno. Podróż powrotna, aby zmęczyć się w sposób maksymalny, przebiegała tymi samymi trzema przełęczami.
Za drugim razem atakowałem od południa, najpierw dojechałem do miejscowości Puente la Reina de Jaca, by później odbić na północ i po kilkunastu kilometrach skręcić w prawo w Valle de Jasa. Od miejscowości Jasa, od której nazwę wzięła dolina, trzeba przejechać jeszcze 2-3 km, by znaleźć się w Aragüés del Puerto, gdzie zaczyna się 10-kilometrowy podjazd prowadzący doliną Aragüés. Na końcu drogi znajduje się mały parking i Refugio de Lizara (ok. 1500 m n.p.m.). Tego dnia w Aragüés del Puerto odpuściłem dalszą jazdę. Nad górami zbierały się ciemne chmury i ostatnią rzeczą, jaką bym chciał, to zmoknąć gdzieś wysoko w górach, daleko od domu.
Dopiero podejście trzecie było udane. Trasa prosta, a zarazem trudna: Sabiñánigo – Jaca – Castiello de Jaca – pierwsza przełęcz w Sierra de los Angeles, na którą prowadzi drogą obok malowniczo położonego miasteczka Aratorés – Borau – druga przełęcz między Borau i Aísa – Aísa – trzecia przełęcz między Aísa i Jasa oraz zjazd drogą, gdzie w kilku miejscach od dawna nie ma asfaltu – i w końcu właściwy podjazd do Refugio de Lizara (droga co najmniej dobra jakościowo).
Pech chciał, że tego dnia przywiało jakieś chmury od wschodu, niebo się zamuliło, Słońce schowało, więc i temperatura spadła z 26-28 st. C do 21-23 st. C w dolinach. Chociaż wiedziałem, że u góry nie będzie wesoło w letnich ubraniach, jakie miałem na sobie, musiałem zaliczyć ten podjazd. Udało się, ale faktycznie, na szczycie było niespełna 15 st. C i wiał zimny wiatr. Ogrzałem się w schronisku, gdzie na ścianach wisiały mapy i zdjęcia Pirenejów, a pod sufitem powiewały buddyjskie, kolorowe flagi modlitewne z Tybetu. Po dłuższej chwili ubrałem na siebie wszystko, co miałem, czyli tylko cienką kamizelkę przeciwwiatrową, wyskoczyłem ze schroniska, szybko zrobiłem kilka zdjęć i czym prędzej ruszyłem w dół, aby zmarznąć jak najmniej. Średnio mi ta sztuka wyszła, ale udało się przeżyć, zarówno zjazd jak i przenikliwe zimno. Podróż powrotna, aby zmęczyć się w sposób maksymalny, przebiegała tymi samymi trzema przełęczami.
Dane:
122,22 km
4 h 50 min 41 sec
Vśr = 25,22 km/h
Vmax = 77,52 km/h
Słowo na dziś:
el intento - podejście (próba)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz