Kolejna źle przespana noc nie zwiastowała powodzenia w realizacji zaplanowanej trasy, a ta obejmowała drogę, którą już za miesiąc pojadą uczestnicy Quebrantahuesos 2017, wzbogaconą o morderczy podjazd pod Col d'Aubisque. Godzinę wyjazdu przekładałem kilkakrotnie. Nie udało się wstać o godzinie 6:00, 7:00, 8:00 i 9:00. Z domu wyjechałem dopiero przed godziną 10:00 z pełną świadomością tego, iż wrócę zapewne po zmroku.
Tuż za Sabi spotkałem pewnego sakwiarza. Okazał się nim być
chłopak z Paryża, który dzień wcześniej pokonał przełęcze dziś będące moim
celem. Tego dnia chciał dojechać do Saragossy odwiedzając po drodze miasta
Jaca, Ayerbe i Huesca. Swoją podróż planował zakończyć w andaluzyjskiej
Granadzie. Poinstruowałem go jedynie, aby na terenie Hiszpanii jeździł w kasku,
ponieważ może zapłacić wysoki mandat, jeśli na jakiejś drodze między kolejnymi miastami
przyłapie go bez kasku na głowie jedna z tutejszych służb mundurowych.
Z powodu szybko wzrastającej temperatury w ten początkowo bezchmurny dzień, już przed Jaca musiałem pozbyć się części odzienia
wierzchniego. Podjazd po Puerto de Somport (1640 m n.p.m.), chociaż
cały czas prowadził pod wiatr, pokonałem w miarę szybko i przyjemnie. Od przełęczy czekała
mnie droga, którą nie miałem jeszcze okazji jechać. Pierwszy fragment obejmował
40-kilometrowy zjazd w dół Vallée d'Aspe. Na jego końcu, w maleńkiej wiosce
Escot, zaczyna się podjazd pod Col de Marie-Blanque (1035 m n.p.m.). Spotkałem
tam dwóch Hiszpanów z Jaca, którzy tego dnia wybrali się w podobną drogę co ja, z
tą różnicą, że do Canfranc dojechali samochodem, przejechali przez przełęcz
Somport, zdobyli przełęcz Marie-Blanque i wrócili do Canfranc tą samą trasą.
Przestrzegli mnie, że podjazd pod pobliską przełęcz, początkowo stosunkowo
łatwy, na ostatnich czterech kilometrach mocno daje w kość. Mieli rację.
Końcówka to delikatnie łagodniejsza wersja ulicy Nowy Świat w Międzybrodziu
Bialskim, lecz ponad dwukrotnie dłuższa. Ze szczytu trudno doświadczyć jakiś
spektakularnych widoków – te rozpościerają się dopiero z poziomu wypłaszczenia
znajdującego się ponad miasteczkiem Bielle. Oczom ukazuje się wówczas dolna
część Vallée d'Ossau.
Zjechałem do doliny i po kilku kilometrach znalazłem się w
Laruns. Tym razem wjechałem do miasta od strony północnej i od razu natknąłem
się na supermarket. Nie mogłem przepuścić takiej okazji, więc zatrzymałem się na
małe zakupy w postaci 6 pączków z czekoladą i – wstyd się przyznać – napoju
energ., po którym mocy wystarczyło na ponad połowę podjazdu pod Col d'Aubisque
(1709 m
n.p.m.). Będąc cięższym o blisko pół kilograma pączków, mocno ruszyłem pod górę. Nie licząc
krótkiego postoju w Eaux-Bonnes, wspinaczka na przełęcz zajęłam mi około półtorej
godziny. Na szczycie mało nie zwróciłem zjedzonych wcześniej pączków. Kilka
zdjęć i szybki zjazd do Laruns, gdyż była już dość późna pora, a na mnie
czekało do pokonania jeszcze Puerto del Portalet (1794 m n.p.m.). Ostatnich 10 kilometrów
podjazdu należało tylko do mnie, ponieważ po drodze nie spotkałem żywego ducha.
Na szczycie akurat Słońce chowało się już za górami, a temperatura spadła do 13 st. C, więc czym prędzej
ubrałem na siebie wszystko, co miałem, zjadłem ostatnie trzy z siedmiu bananów,
które wziąłem na drogę i około godziny 20:40 rozpocząłem 45-kilometrowy zjazd
do Sabi, gdzie zjawiłem się po godzinie 22:00. Po drodze, z uwagi na zapadający
zmrok, pominąłem podjazd od strony północnej pod Puerto de Hoz de Jaca,
niemniej znam go dosyć dobrze, więc strata to była niewielka, tym bardziej, że
zamiast niego zaliczyłem wcześniej o kilometr wyższą przełęcz po stronie francuskiej.
Tego dnia udało się pokonać prawie pełną trasę Quebrantahuesos (i poznać jej część, która do tej pory była dla mnie wielką niewiadomą) wzbogaconą o jeden bonusowy podjazd w postaci mitycznej przełęczy Aubisque. Strava wyliczyła pokonane przewyższenie na 5500 m, czyli całkiem przyzwoicie. Ja tymczasem straciłem dokładnie 3 kilogramy masy ciała.
Tego dnia udało się pokonać prawie pełną trasę Quebrantahuesos (i poznać jej część, która do tej pory była dla mnie wielką niewiadomą) wzbogaconą o jeden bonusowy podjazd w postaci mitycznej przełęczy Aubisque. Strava wyliczyła pokonane przewyższenie na 5500 m, czyli całkiem przyzwoicie. Ja tymczasem straciłem dokładnie 3 kilogramy masy ciała.
























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz