17 listopada 2016

La Fogaza

Dla odmiany - czas na trekking. Padre stwierdził, że do zdobycia „Korony Sabiñánigo” brakuje mu jeszcze jednego szczytu. Tłumaczyłem, że nie otrzyma za to Śnieżnej Pantery, ale on się uparł. Nie chcąc, aby się zgubił i został pożarty przez coś, poszedłem z nim.

Wystartowaliśmy o godzinie 13:30. Przeskoczyliśmy Sabiñánigo Alto i weszliśmy na szlak. Wspinaliśmy się od strony północnej, gdzie z powodu braku dostępu Słońca, wilgotność była większa, a co za tym idzie - roślinność bujniejsza. Po godzinie od wyjścia z domu dochodziliśmy błotnistym szlakiem na zalesiony szczyt La Fogaza. Nie jestem pewien co do nazwy ani wysokości, choć ta druga wynosi między 1100 a 1200 m n.p.m.

Padre był przekonany, że udając się na wschód, dojdziemy do wypalonego ponad 10 lat temu fragmentu lasu, skąd wspaniałe widoki będą zagwarantowane. Jak się później okazało, miał rację. Zeszliśmy więc ze szlaku i przez kwadrans błądziliśmy, przedzierając się przez rzadko rosnące drzewa oraz chaszcze i wysokie, kłujące trawy. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym natura powoli się odradzała, a stamtąd mieliśmy widok na… wszystko. Gdy oczy zostały nacieszone, podjęliśmy decyzję o zejściu nasłonecznionym zboczem do Rapún. Podczas pierwszych dni emigracji odwiedziłem to miejsce na rowerze. Teraz była okazja, aby lepiej je poznać.


Po lewej wybuch lokalnego wulkanu
Sabiñánigo

Odnalezienie szlaku było znacznie trudniejsze. Po dłuższej chwili okazało się, że mamy jednak więcej szczęścia niż rozumu, ponieważ trafiliśmy nie tam, skąd przyszliśmy, lecz gdzie mieliśmy później schodzić do Rapún. Wieś składa się z kilku domów, dlatego spacer przez nią trwał nie więcej jak minutę. Interesujące są za to formacje skalne w jej okolicy. Trudno je opisać w słowach, lepiej zobaczyć na zdjęciach. Generalnie robią wrażenie.

Rapún, Iglesia de San Félix


Z Rapún zeszliśmy szlakiem rowerowym, którym - gdybym miał rower górski - w niektórych miejscach ani bym nie podjechał, ani nie zjechał, może nie tyle z braku mocy, co ze strachu. Weszliśmy do miasta od strony El Puente de Sabiñánigo, lecz po przeciwnej stronie Río Gállego. Nagle naszym oczom ukazał się nowy most, a obok tablica informacyjna mówiąca o przebiegającej tędy El Camino del Pastor. Jakaś nowość - pomyśleliśmy. W domu pogrzebałem trochę na ten temat w Internetach. Okazało się, że niedaleko domu, a później właśnie tamtędy, od prawie tysiąca lat przebiega trasa pielgrzymki z Jaca do Yebra de Basa, a następnie do Ermita Santuario de Santa Orosia (1557 m n.p.m.). Kościół stoi na szczycie płaskowyżu dopiero od 350 lat, choć może wcześniej była tam jakaś kaplica. Istnieje ewentualność, iż celem pątników były kaplice znajdujące się na tamtejszym szlaku, w których – jak przypuszczam na podstawie tego, co zdołałem wyczytać i przetłumaczyć – według legendy przechowywany był Święty Graal zanim trafił do Monasterio de San Juan de la Peña.

Wróciliśmy do domu o godzinie 18:10. Trasa o długości około 15 km zajęła nam 4 godziny i 40 minut. Gdyby jednak zrealizować założenia doktrynalne prawdziwego marszobiegu (pozdrower dla Damjanusza), trasa zajęłaby nie więcej niż 2 godziny 30 minut. Większych strat, poza podrapanymi nogami, nie odnotowałem.


Słowo na dziś:
el senderismo - trekking

16 listopada 2016

Barbenuta y Espierre

To jest niesamowite, gdzie ci ludzie swego czasu zakładali wioski! Do niektórych z nich dojazd jest wręcz kosmiczny. Domyślam się, że tych kilkaset lat temu kierowali się przede wszystkim względami bezpieczeństwa. W dzisiejszych czasach nie mają one większego znaczenia, natomiast trudności związane z dotarciem do nich i mieszkaniem w takich miejscach pozostały.

Po południu zaliczyłem dwa miasteczka, o których istnieniu dowiedziałem się dopiero tydzień temu. Analizowałem sobie mapę i przypadkiem natknąłem się na dwa małe punkty, leżące obok siebie w górach, pod którymi niejednokrotnie przejeżdżałem bez świadomości tego, że gdzieś tam wysoko ktoś może mieszkać. Są to Barbenuta (1185 m n.p.m.) i Espierre (1242 m n.p.m.).

Najpierw obowiązkowa siesta, dopiero po której z trudem zebrałem się na rower. Była zresztą dosyć późna godzina na dalsze wojaże. Pierwszy cel: wioska Orós Bajo i zbadanie czy droga prowadząca z niej będzie stanowiła godny uwagi skrót. Wszak deniwelacja na poziomie 210 m oraz 6 serpentyn na dystansie 2,5 km mogą robić wrażenie. Niestety okazało się, że jest to droga kamienista, przeznaczona bardziej dla roweru górskiego bądź samochodu terenowego. Troszkę smutek.

Pozostała realizacja głównego celu. Pojechałem zatem tak, jak radził David: przez Orós Alto do Biescas, potem w kierunku Gavin, przed którym odbiłem na tamtejszy kemping, a ten ominąwszy od lewej, rozpocząłem właściwy podjazd. Posiada on średniej jakości nawierzchnię. Droga do Aso de Sobremonte po przeciwnej stronie doliny jest o wiele ciekawsza: w super stanie, bardziej stroma, naznaczona serpentynami, acz mniej widokowa. Wspinaczka do Barbenuta liczy sobie 6,7 km i 515 m przewyższenia, natomiast do końca asfaltu w Espierro jest to odpowiednio 7,1 km i 615 m (wg Geocontext-Profiler; w rzeczywistości trudno mi się zgodzić z tymi danymi). Faktycznie - jak zakładałem - dalszy podjazd rowerem szosowym do Ermita de San Juan jest niemożliwy. Poświęciłem krótką chwilę na podziwianie widoków. Z uwagi na zapadający zmrok, na szybkości udałem się w drogę powrotną do domu. Niepotrzebnie spodziewałem się fajerwerków, aczkolwiek uświadomiłem sobie, jak wiele tutaj pozostało jeszcze do odkrycia.



Poniżej drogi La Cascada de Orós Bajo - dwa wodospady o wysokości 30 m i 16 m
Barbenuta, Iglesia de San Pedro oraz dawny wyciąg
Espierre, Iglesia de San Esteban
Dolna część Valle de Tena, tutaj chyba kiedyś był lodowiec

Wycieczka w liczbach:
54,25 km
2 h 16 min 33 sec
Vśr = 23,83 km/h
Vmax = 54,26 km/h
1375 m przewyższenia


Słowo na dziś:
la desilusión - rozczarowanie

15 listopada 2016

Kamień widmo

Pojechałem, poszukałem i... nic nie znalazłem. Ani śladu kamienia czy głazu. Tylko wyschnięty kawałek błota, w który ktoś wjechał, ale chyba nie byłem to ja. Zasady logiki i doświadczenie życiowe podpowiadają, że nie mogłem to być ja. Dobrze, że nie zabrałem ze sobą młotka. Zagadka pozostaje nierozwiązana. Na szczęście rower został już przywrócony do stanu używalności.




Kilka słów o kamieniach: zasadniczo jest to jedyny problem tutejszych dróg. Drogi te częstokroć prowadzą pod skarpami lub stromymi zboczami, a tutejsze skały wydają się być stosunkowo kruche i podatne na procesy wietrzenia, stąd na jezdni zalegają kamienie mniejsze i większe. Dla kolarza stanowi to pewne ryzyko, dlatego cały czas należy być skupionym i patrzeć przed siebie, choć krajobrazy tego nie ułatwiają.

Pamiętam, jakiego szoku doznałem, gdy pierwszy raz na kolarce najechałem na kamień - wystrzelił spod opony jak pocisk. Osobie na chodniku bądź poboczu można w ten sposób zrobić krzywdę. Sam kilka razy dostałem tak w nogę od kolegi jadącego obok. Nie jest to przyjemne. Jednak lepiej w nogę, niż w rower, choć ten również oberwał. Rama posiada swoje "pamiątki". Pozostaje kwestia samochodów. Jeśli dobrze liczę, około 10 pojazdów nosi na karoserii ślady po kamieniach, ponieważ ich kierowcy w nieodpowiednim miejscu i czasie podjęli manewr wyprzedzania mojej osoby. Piszę to jako ostrzeżenie. Jeżeli zobaczycie kolarza na drodze - uciekajcie, gdzie pieprz rośnie!


W opozycji do błota - dzisiejszy zachód Słońca

Podczas poszukiwań "Świętego Graala" wykręciłem:
24,26 km
1 h 00 min 53 sec
Vśr = 23,90 km/h
Vmax = 65,89 km/h



Słowo na dziś:
el barro - błoto

14 listopada 2016

San Juan de la Peña

Niedziela była taka piękna: ani jednej chmurki na niebie, temperatura dochodziła do 16 st. C, a ja cały dzień boży dzień walczyłem z przednią przerzutką – rozkręciłem ją, wyczyściłem, ustawiałem i regulowałem, aż w końcu nigdzie nie pojechałem. A chciałem tego dnia odwiedzić miejsce dla mieszkańców Aragonii tak ważne, jak dla Polaków Częstochowa - Monasterio de San Juan de la Peña. Bitwę ze sprzętem wygrałem dopiero wieczorem, lecz było to gorzkie zwycięstwo. Przerzutka jakoś działała, nie było idealnie, ale ważne, że z grubsza spełniała swoją funkcję.

Trudy dnia wczorajszego postanowiłem wynagrodzić sobie dzisiaj. Wystartowałem o świcie mojego czasu, czyli po godzinie 14:00. Po 29 km kręcenia na zachód, zjechałem z głównej drogi na prowadzącą do Santa Cruz de la Serós. Dwa kilometry wcześniej uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać odzienie wierzchnie – kamizelkę bądź wiatrówkę. Chwila zastanowienia... może wrócić do domu? Jeśli nie zdążę przed zmrokiem, to zmarznę bardziej, niż zwykle. Nie, przecież jestem prawie u celu! Muszę tylko ograniczyć do minimum ilość postojów. Niemniej tamta myśl powróciła jeszcze na podjeździe, który całą drogę prowadził w cieniu wysokich skał. W pewnym momencie temperatura spadła poniżej 6 st. C, a jedyne co mogłem zrobić, to ubrać rękawiczki.

W samym miasteczku, gdzie zaczyna się właściwy podjazd, znajduje się Iglesia de San Caprasio, budowany w latach 1020-1030. Z uwagi na wymagany od siebie pośpiech, niestety nie poświęciłem mu chwili na zrobienie fotografii – wszak to dosyć popularna w okolicy atrakcja, gdyż w prawie każdym miasteczku stoi blisko 1000-letni kościół. Sam podjazd na szczyt płaskowyżu (1212 m n.p.m.), gdzie znajduje się Nowy Klasztor z hotelem i innymi cudami, liczy sobie 8 km długości i 830 m przewyższenia przy deniwelacji równej 440 m. Około kilometr przed końcem znajduje się wbudowany w skałę Stary Klasztor, w którym – jak podaje legenda – ukryty był Święty Graal przed Maurami. Gdyby podjazd liczyć od zjazdu z drogi N-240, miałby on następujące parametry: 12 km długości i 970 m przewyższenia.


Góry, góry...
...wszędzie góry, a u dołu Santa Cruz de la Serós
Symbolów francuskich Pirenejów - Pic du Midi d'Ossau (2884 m n.p.m.)
Peña Oroel (1769 m n.p.m.)
Monasterio Viejo
Serpentyny obowiązkowo
Monasterio Nuevo (1212 m n.p.m.)


Spod Nowego Klasztoru udałem się w kierunku Bernués. W ubiegłym roku w miasteczku tym spędziłem bodaj 2 godziny w portalu tamtejszego 1000-letniego kościoła chowając się przed chmurą burzową, z której ostatecznie spadło kilka kropel deszczu. Zjazd ma 10,5 km długości i na tym dystansie pokonuje się 300 m w dół. Nie wiem, jak to ująć w słowa, ale... ta droga jest po prostu piękna. Nawierzchnia prosta jak stół, prawie non-stop w dół, delikatne zakręty, po których można dostojnie sunąć z prędkością 50 km/h, a do tego niesamowite krajobrazy wokół i zero samochodów. Jeśli w przyszłości zainwestuję w kamerkę, będzie to pierwsza trasa, jaką uwiecznię na filmie.



Droga-marzenie
Peña Oroel


Na jej końcu skręciłem w lewo na drogę, którą peleton przyjechał z Tarrazony podczas 6. etapu Vuelta a España 2012. Jej jakość pozostawia trochę do życzenia, ale ważne, że znowu pnie się pod górę z finałem na Puerto de Oroel (1080 m n.p.m.) u stóp Peña Oroel (1769 m n.p.m.). Szybki zjazd do Jaca, na którym został już naprawiony asfalt na serpentynach (w ubiegłym roku były kratery jak na drogach Dąbrowy Górniczej czy Sosnowca). Odcinek z Jaca do Sabi, jadąc z wiatrem, byłby tylko formalnością, gdyby nie to, że około 6 km od domu najechałem na paskudny kamień, wręcz głaz dla roweru szosowego. Aż podskoczyłem na nim, ale tym razem, na szczęście ominęło mnie bliskie spotkanie z ziemią, co przy prędkości 45 km/h nie byłoby zbyt przyjemne. Przejechałem może 2 km i powietrze zeszło z tylnego koła, a że nie miałem ochoty zabierać się za kolejne naprawy roweru na poboczu drogi po zmroku, przez kolejne 2,5 km turlałem się na takim kapciu, a potem jeszcze kilometr z kolarskiego buta. Jutro wezmę młotek, pojadę tam, odszukam ten kamień i dokonam srogiej zemsty.



Chmury starają się przedostać ze strony tej niegodnej, najstarszej córy Kościoła


Fragment dla statystyków:
86,47 km
3 h 20 min 59 sec
Vśr = 25,81 km/h
Vmax = 55,04 km/h
2450 m przewyższenia


Słowo na dziś:
la zapatilla - kapeć (lać)

12 listopada 2016

Aso de Sobremonte

Dzisiaj pojechałem tam, gdzie wczoraj już nie zdołałem - Aso de Sobremonte (1262 m n.p.m.). To tylko jedna z trzech miejscowości położonych na wzniesieniu ponad Biescas. Obok leżą jeszcze Betés de Sobremonte (1264 m n.p.m.) oraz Yosa de Sobremonte (1260 m n.p.m.). Wyjazd ten muszę jednak zaliczyć do najmniej udanych spośród tych ostatnich dni. Ale po kolei.

Opuszczając Sabi spotkałem gościa jadącego w tym samym kierunku, czyli w górę Valle de Tena. Miałem średnią ochotę na towarzystwo, a co za tym idzie - jakieś dyskusje. Ostatecznie okazało się, że być może jest to początek owocnej znajomości. Ów Hiszpan nazywał się David García Barrio. Wspólnie posługując się łamaną angielszczyzną, dowiedziałem się m. in., że jego rodzice prowadzą sklep przy Plaza de Santa Ana, w którym w ubiegłym roku dokonałem pilnego zakupu opony, a obecnie, gdy tylko przechodzę obok, podziwiam ustawionego na witrynie cube’a na mechanicznej campagnolo super record za kilka tysięcy euro. Jego ojciec swego czasu ukończył Paris-Brest-Paris, a teraz robi po górach pętle o długości 200-300 km, w tym czasami taką, jaką ja mam zamiar przejechać w przyszłym roku: m. in. przez Col d'Aubisque, Col du Tourmalet, Col d'Aspin, 270-300 km, 8500-9000 m przewyższenia. Pikuś.

David należy do Club Ciclista Sabiñánigo, w ramach którego startuje w zawodach pod szyldem amatorskiej grupy AACC Kapelmuur. Otrzymałem zaproszenie do grupy, więc gdy tylko moja znajomość hiszpańskiego będzie zadowalająca, rozważę taką opcję. Dzisiaj rano jego ekipa pojechała się na 100-kilometrowy trening po górach, a biedak zaspał, dlatego dopiero teraz wybrał się, aby zajechać do Piedrafita de Jaca i zrobić kilka zdjęć ośnieżonym górom, po których jeździ i biega. Trzy tygodnie temu wspiął się na Balaitus (3144 m n.p.m.), z którego – jak stwierdził – przy dobrej widoczności widać Pico de Aneto (3404 m n.p.m.), Saragossę oraz Ocean Atlantycki.

Tak dojechaliśmy do Biescas (z prędkością średnią 32,5 km/h pod wiatr), gdzie zdarzyła mi się drobna usterka przy przedniej przerzutce, a która wyszła dopiero później na zjeździe. Kawałek dalej pożegnaliśmy się, David pojechał dalej, a ja zaatakowałem pojazd, który okazał się być godnym przeciwnikiem. Do samego Aso de Sobremonte liczy sobie 6,4 km długości i 500 m przewyższenia. Pierwsze 2 km są dość strome (w okolicach 10 %), 6 serpentyn, następnie odbicie w prawo do Betés de Sobremonte, odbicie w lewo do Yosa de Sobremonte, a główna droga wiedzie do Aso de Sobremonte.



Dalej będzie nudna seria serpentyn


Biescas widziane z góry, a do szczytu daleko







Jedyni kibice, którzy ucieszyli się na mój widok

Na szczycie chwilę zabawiłem. Ubrałem na siebie wszystko, co miałem i jazda w dół. Daleko nie ujechałem, gdyż pojawił się wspomniany problem z przednią przerzutką. Jak na złość, mój narzędziownik nie posiadał tego klucza imbusowego, którego akurat potrzebowałem do regulacji. Będąc zrezygnowanym, zrobiłem kilka zdjęć po drodze, aby coś z tego wyjazdu było. Oczywiście zmarzłem, nawet do tego stopnia, że w Biescas nie mogłem rozgrzać dłoni, choć było aż 10 st. C. Ręcznie tylko wrzuciłem łańcuch na duży blat i skierowałem się ku Sabi.

Znowu odpuściłem drugi z zaplanowanych na dziś podjazdów. Odkryłem go wczoraj na mapie. Jeżeli nawierzchnia będzie utwardzona – w co szczerze wątpię – to powinno dać się wjechać aż na około 1560 m n.p.m., co będzie zdecydowanie najwyższym podjazdem w promieniu 20 km od Sabiñánigo. W najbliższych dniach to sprawdzę.

Sobota w liczbach:
44,64 km
1 h 46 min 29 sec
Vśr = 25,15 km/h
Vmax = 52,91 km/h
prawie 880 m przewyższenia


Słowo na dziś:
la avería - usterka

11 listopada 2016

Puerto de Cotefablo

W Polsce święto narodowe. Media propagandowe oraz ponoć niezależne donoszą, że jest całkiem spokojnie. Wygląda na to, że w tym roku Polacy postanowili nie podtrzymywać tradycji ostatnich lat, którą zgrabnie opisują słowa Klasyka: "tam maski gazowe, gady piorą się z kibolami, ranni, zabici, z obrażeniami"*. Ja również postanowiłem uczcić ten dzień na swój sposób. Wybór padł na przełęcz Cotefablo (1423 m n.p.m.).

Wyjazd z domu o dość młodej - jak na mnie - godzinie, aby tym razem wrócić przed zmrokiem. Na rozgrzewkę podjazd w okolicach Latasu, na którym dokładnie 2 miesiące i tydzień temu praktycznie rozegrał się - niedługo po starcie - pamiętny 15. etap Vuelta a España 2016. Wówczas Contador z Quintaną uciekli Froome'owi, teraz ja powoli toczyłem się pod górę. Tymczasem Słońce grzało w plecy bardziej, niż w Polsce czasami w lecie ma to miejsce. Ciepło. Dla mnie, ubranego w jesienne ciuchy - za ciepło. Jak się później okazało, rzecz jasna na zjeździe, byłem jednak ubrany w sam raz.


Val Ancha z okolic Latasu

Tuż za rogiem widok na Valle de Tena

Przez Lárrede zajechałem do Biescas (jak zwykle walczyłem z wiatrem), gdzie odbiłem na wschód na Puerto de Cotefablo. Podjazd ma 13,5 km długości. Nie jest jednostajny, ma kilka zjazdów do poprzecznych dolin, którymi prowadzi droga. Zaraz obok rozciąga się głęboka przepaść. Geocontext-Profiler podaje deniwelację na poziomie ponad 600 m i zarazem prawie 1200 m przewyższenia. Po drodze przejechałem przez 180-metrowy tunel Gavín (od nazwy miejscowości leżącej w pobliżu). Ostatnie najbardziej męczące 3 km podjazdu mają średnie nachylenie oscylujące w granicach 7,5-7,7 %. Na przełęczy jest tunel o tej samej nazwie i długości 680 m.


Jedna z takich dolin




Zjazd był całkiem przyjemny, szczególnie "falujący" fragment przed samym Biescas. Miałem w planach odwiedzić jeszcze jedno miejsce, ale Słońce schowało się już za Güe (1579 m n.p.m.), dlatego skierowałem się ku Sabi. Pojadę tam następnym razem. Jeszcze tylko kilka lokalnych hopek, krótka sesja fotograficzna i finito.


Santa Orosia y Oturia

Val Ancha o zachodzie Słońca

Fuerte de Rapitán z oddali

Peña Sabocos (2757 m n.p.m.) i w chmurach Pico Tendeñera (2853 m n.p.m.)

Cyferki, cyferki:
68,72 km
2 h 50 min 12 sec
Vśr = 24,22 km/h
Vmax = 74,42 km/h
prawie 2500 m przewyższenia

Zaczynam odnosić wrażenie, że Geocontext-Profiler bardziej mija się z prawdą, niż początkowo sądziłem. Trudno mi uwierzyć, abym na dystansie blisko 70 km, robiąc po drodze tylko jeden średnio konkretny podjazd, wykręcił pod górę aż 2,5 km. W niedalekiej przyszłości postaram się jakoś zweryfikować jego dokładność. W ostateczności zrezygnuję z tej danej.


*Kazik - Spowiedź święta


Słowo na dziś:
el barranco - wąwóz