Dla odmiany - czas na trekking. Padre stwierdził, że do zdobycia „Korony Sabiñánigo” brakuje mu jeszcze jednego szczytu. Tłumaczyłem, że nie otrzyma za to Śnieżnej Pantery, ale on się uparł. Nie chcąc, aby się zgubił i został pożarty przez coś, poszedłem z nim.
Wystartowaliśmy o godzinie 13:30. Przeskoczyliśmy Sabiñánigo Alto i weszliśmy na szlak. Wspinaliśmy się od strony północnej, gdzie z powodu braku dostępu Słońca, wilgotność była większa, a co za tym idzie - roślinność bujniejsza. Po godzinie od wyjścia z domu dochodziliśmy błotnistym szlakiem na zalesiony szczyt La Fogaza. Nie jestem pewien co do nazwy ani wysokości, choć ta druga wynosi między 1100 a 1200 m n.p.m.
Padre był przekonany, że udając się na wschód, dojdziemy do wypalonego ponad 10 lat temu fragmentu lasu, skąd wspaniałe widoki będą zagwarantowane. Jak się później okazało, miał rację. Zeszliśmy więc ze szlaku i przez kwadrans błądziliśmy, przedzierając się przez rzadko rosnące drzewa oraz chaszcze i wysokie, kłujące trawy. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym natura powoli się odradzała, a stamtąd mieliśmy widok na… wszystko. Gdy oczy zostały nacieszone, podjęliśmy decyzję o zejściu nasłonecznionym zboczem do Rapún. Podczas pierwszych dni emigracji odwiedziłem to miejsce na rowerze. Teraz była okazja, aby lepiej je poznać.
Wystartowaliśmy o godzinie 13:30. Przeskoczyliśmy Sabiñánigo Alto i weszliśmy na szlak. Wspinaliśmy się od strony północnej, gdzie z powodu braku dostępu Słońca, wilgotność była większa, a co za tym idzie - roślinność bujniejsza. Po godzinie od wyjścia z domu dochodziliśmy błotnistym szlakiem na zalesiony szczyt La Fogaza. Nie jestem pewien co do nazwy ani wysokości, choć ta druga wynosi między 1100 a 1200 m n.p.m.
Padre był przekonany, że udając się na wschód, dojdziemy do wypalonego ponad 10 lat temu fragmentu lasu, skąd wspaniałe widoki będą zagwarantowane. Jak się później okazało, miał rację. Zeszliśmy więc ze szlaku i przez kwadrans błądziliśmy, przedzierając się przez rzadko rosnące drzewa oraz chaszcze i wysokie, kłujące trawy. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym natura powoli się odradzała, a stamtąd mieliśmy widok na… wszystko. Gdy oczy zostały nacieszone, podjęliśmy decyzję o zejściu nasłonecznionym zboczem do Rapún. Podczas pierwszych dni emigracji odwiedziłem to miejsce na rowerze. Teraz była okazja, aby lepiej je poznać.
| Po lewej wybuch lokalnego wulkanu |
| Sabiñánigo |
Odnalezienie szlaku było znacznie
trudniejsze. Po dłuższej chwili okazało się, że mamy jednak więcej szczęścia
niż rozumu, ponieważ trafiliśmy nie tam, skąd przyszliśmy, lecz gdzie mieliśmy
później schodzić do Rapún. Wieś składa się z kilku domów, dlatego spacer przez
nią trwał nie więcej jak minutę. Interesujące są za to formacje skalne w jej
okolicy. Trudno je opisać w słowach, lepiej zobaczyć na zdjęciach. Generalnie
robią wrażenie.
| Rapún, Iglesia de San Félix |
Z Rapún zeszliśmy szlakiem rowerowym, którym - gdybym miał rower górski - w niektórych miejscach ani bym nie podjechał, ani nie zjechał, może nie tyle z braku mocy, co ze strachu. Weszliśmy do miasta od strony El Puente de Sabiñánigo, lecz po przeciwnej stronie Río Gállego. Nagle naszym oczom ukazał się nowy most, a obok tablica informacyjna mówiąca o przebiegającej tędy El Camino del Pastor. Jakaś nowość - pomyśleliśmy. W domu pogrzebałem trochę na ten temat w Internetach. Okazało się, że niedaleko domu, a później właśnie tamtędy, od prawie tysiąca lat przebiega trasa pielgrzymki z Jaca do Yebra de Basa, a następnie do Ermita Santuario de Santa Orosia (1557 m n.p.m.). Kościół stoi na szczycie płaskowyżu dopiero od 350 lat, choć może wcześniej była tam jakaś kaplica. Istnieje ewentualność, iż celem pątników były kaplice znajdujące się na tamtejszym szlaku, w których – jak przypuszczam na podstawie tego, co zdołałem wyczytać i przetłumaczyć – według legendy przechowywany był Święty Graal zanim trafił do Monasterio de San Juan de la Peña.
Wróciliśmy do domu o godzinie 18:10. Trasa o długości około 15 km zajęła nam 4 godziny i 40 minut. Gdyby jednak zrealizować założenia doktrynalne prawdziwego marszobiegu (pozdrower dla Damjanusza), trasa zajęłaby nie więcej niż 2 godziny 30 minut. Większych strat, poza podrapanymi nogami, nie odnotowałem.
Słowo na dziś:
el senderismo - trekking
Wróciliśmy do domu o godzinie 18:10. Trasa o długości około 15 km zajęła nam 4 godziny i 40 minut. Gdyby jednak zrealizować założenia doktrynalne prawdziwego marszobiegu (pozdrower dla Damjanusza), trasa zajęłaby nie więcej niż 2 godziny 30 minut. Większych strat, poza podrapanymi nogami, nie odnotowałem.
Słowo na dziś:
el senderismo - trekking
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz