22 listopada 2016

Odgrzewany kotlet: Puerto de Somport

Odgrzewany kotlet - część druga i ostatnia. Dzień po zdobyciu najwyższego punktu Valle de Tena postanowiłem zrobić to samo w sąsiedniej dolinie - Valle del Aragon. Oznaczało to podjęcie już na starcie nierównej walki z zachodnim wiatrem w drodze do Jaca. Gdy jakoś uporałem się z tym fragmentem trasy, skręciłem w stronę Francji. Minąłem Castiello de Jaca, które cztery lata temu doznało szkód ze strony Río Aragon po ulewnych deszczach. Kolejną miejscowością była Villanúa. Na moje oko, jest to taki odpowiednik Biescas z siostrzanej doliny, czyli ostatnie większe miasteczko w drodze na północ. Po prawej wiedzie linia kolejowa, która wspina się pod górę niesamowitymi serpentynami.

Na mojej drodze pojawił się krótki tunel, który płynnie przeszedł w most na rzece. Kawałek dalej czaił się już założony w XI wieku Canfranc. Tuż za nim rozpoczyna się dość stromy podjazd (dochodzący do 10%), lecz jeszcze nie ten, o którym należy wspomnieć. Po minięciu ostatniej stacji benzynowej po stronie hiszpańskiej, po lewej stronie wyrosła zbudowana w 1876 roku wieża obronna Torreta de los Fusileros. Następnie przejechałem przez kilkudziesięciometrowy tunel, obok którego stoi zapora na Embalse de Canfranc. Zjechałem z głównej drogi do Canfranc-Estación, ponieważ dalsza jazda zawiodłaby mnie wprost do najdłuższego drogowego tunelu w Hiszpanii - międzynarodowy Túnel de Somport liczy sobie 8608 m. W samym miasteczku znajduje się centrala sterowania ruchem w tunelu oraz otwarty w 1928 roku międzynarodowy dworzec, który działał do 1970 roku, kiedy po stronie francuskiej doszło do zniszczenia mostu kolejowego na tej linii. Francuzi mostu już nie odbudowali, a znaczenie kolei w tej części Hiszpanii znacznie podupadło. Sam budynek jest niesamowity. Ma aż 240 m długości! Stanowi wspaniały przykład architektury kolejowej lat międzywojennych.

Przeciwnie niż w ubiegłym roku, finałowego podjazdu nie rozpocząłem na wysokości wejścia do dworca, a tuż za rogatkami miasta. Takie podejście do tematu oznaczało, że do przełęczy pozostało mi 6,85 km wspinaczki, która przy deniwelacji równiej 420 m dawała 540 m przewyższenia (nie wiem jakim cudem...). Na tej drodze są dwie duże serpentyny - jedna w połowie podjazdu, druga przed samym końcem. Gdy pierwszy raz jechałem tą drogą w 2015 roku, dokonałem spostrzeżenia, iż jest to najbardziej niesamowita trasa, jaką dane mi było pokonać. Po dłuższym pobycie w Pirenejach, zweryfikowałem to stanowisko. Niemniej droga ta wciąż robi na mnie piorunujące wrażenie. Na wysokości pierwszej serpentyny temperatura spadła do 12 st. C, a ja miałem na sobie tylko w krótką koszulkę i potówkę. Pokonując jednak podjazd o stałym nachyleniu 8-10 %, człowiek nie czuje tak zimna. Od prawej minąłem narciarską wioskę Candanchú i chwilę później byłem już na przełęczy.



Pico Collarada (2886 m n.p.m.)
W oddali Peña Oroel, po prawej La Torreta
Widok z przełęczy na stronę francuską

Przełęcz stanowi początek Drogi Aragońskiej Camino de Santiago



Nauczony doświadczeniem dnia wczorajszego, zabrałem ze sobą rękawki, które na zjeździe nie zrobiły jednak większej różnicy. Słońce zaszło i temperatura spadła poniżej 10 st. C, dlatego przemarzłem na kość jadąc w dół z prędkością ponad 70 km/h. Doszło nawet do zabawnej, ale i niebezpiecznej sytuacji: gdybym nie opanował się jakoś, tak bym się trząsł z zimna, że nie utrzymałbym prosto kierownicy i zaliczyłbym bliskie spotkanie z asfaltem. Wróciłem do Canfranc-Estación, uzupełniłem ze źródełka wodę w bidonie (i tak do końca trasy nie wziąłem ani łyka, bo była za zimna) i pojechałem dalej. W cieniu doliny droga wiodła jeszcze przez kilkanaście kilometrów, więc dopiero przed Jaca zrobiło się odrobinę cieplej. Problem w tym, że Słońce już zaszło za góry, ja byłem bez świateł, a do domu zostało prawie 20 km. Biorąc jednak pod uwagę mały ruch na drodze, którą wybrałem oraz kulturalną i bezpieczną jazdę Hiszpanów, wróciłem do domu cały i o dziwo zdrowy. Tego dnia wykręciłem około 95 km.


Słowo na dziś:
la muerte - śmierć

21 listopada 2016

Odgrzewany kotlet: Puerto del Portalet

Tydzień przed założeniem blogu zdobyłem Puerto del Portalet (1794 m n.p.m.). Poźniej postanowiłem, że będę dodawał wpis o każdej trasie długości powyżej 100 km. Wyjazd z tamtego dnia (30.10.2016 r.) kwalifikował się. Nie mogłem zatem o nim nie wspomnieć w ten deszczowy dzień.

Bezpośrednią drogę na przełęcz na początku uatrakcyjniłem wizytą w Lárrede. Szalenie podoba mi się tamtejszy kościół. Iglesia de San Pedro został wybudowany w latach 1050-1060. Nie jest najstarszym kościołem w okolicy, niemniej uważany jest za najwspanialszy przykład stylu mozarabskiego.
W Serrablo większość kościołów powstała w tym stylu architektonicznym, w szczególności te, które leżą na lewym brzegu Río Gállego.



Lárrede, Iglesia de San Pedro
Za murkiem przykościelny cmentarz

Po krótkiej przerwie ruszyłem na północ. Przejechałem przez Biescas, a za zjazdem do Piedrafita de Jaca, skręciłem w kierunku Tramacastilla de Tena - według mnie - najładniejszej miejscowości w całej Valle de Tena. Zabudowa jej centrum przypomina alpejskie wioski. Krótki, ale konkretny podjazd do miasteczka potrafi dać w kość. Szybkim skrótem ominąłem leżące powyżej Sandiniés oraz poniżej Escarrilla i znalazłem się u wlotu do tunelu. Kawałek za nim skręciłem w prawo, przejechałem przez zaporę na wyżej położonym zbiorniku Lanuza oraz ponad miasteczkiem o tej samej nazwie (zbiornik otrzymał nazwę od miasteczka). Wyjechałem praktycznie w centrum Sallent de Gállego (1305 m n.p.m.), z którego drogą alternatywną do drogi głównej, wspiąłem się do Formigal (1550 m n.p.m.), a stamtąd udałem się bezpośrednio na przełęcz. Temperatura w Słońcu grubo przekraczała 20 st. C. Przed finiszem, obok trasy odpoczywało dwóch sakwiarzy, z którymi wymieniłem pozdrowienia.


Nowość, której w ubiegłym roku nie było; po stronie francuskiej takie znaki stoją od dawna
Po ostatnich deszczach poziom wody w Embalse de Búbal na pewno wzrośnie
El Pueyo de Jaca, powyżej Panticosa, dolina po lewej od centrum zdjęcia prowadzi do Balneario de Panticosa
Embalse de Lanuza

Sama przełęcz to małe centrum handlowe, które odwiedzają głównie Francuzi - po stronie hiszpańskiej mają niższe ceny. Kilka chwil na odpoczynek i zjazd, na którym zmarzłem, ale nie tak bardzo, jak następnego dnia z kolejnej przełęczy. I w tym miejscu już nie pamiętam, czy kręciłem się jeszcze gdzieś w okolicach Sabi, czy nie. Z tego też powodu nie liczę pokonanego przewyższenia. Podawanie wartości z adnotacją „nie mniej niż” mija się niejako z celem, ponieważ i tak mam wątpliwości co do dokładności wyników generowanych przez Geocontext-Profiler. Mogę tylko dokonać podsumowania: to była całkiem udana wycieczka.


Pic du Midi d'Ossau (2884 m n.p.m.)
Bazarek na wysokości 1794 m n.p.m.
Niedaleko poniżej przełęczy
Sallent de Gállego (1305 m n.p.m.)


Dane:
110,11 km
4 h 22 min 37 sec
Vśr = 25,15 km/h
Vmax = 77,13 km/h


Słowo na dziś:
la lluvia - deszcz

19 listopada 2016

Hoz de Jaca y Balneario de Panticosa

Jestem głupi i uparty. Kto przy zdrowych zmysłach wybiera się w wysokie góry 3 godziny przed zachodem Słońca? Oprócz mnie, chyba nikt. Przynajmniej ja nie spotkałem nikogo.

Postanowiłem wykorzystać ostatnią okazję do jazdy przed załamaniem pogody. W ciągu najbliższych kilku dni mają padać ulewne deszcze. W górach pewnie zrobi się biało. Wyruszyłem z domu zaraz po śniadaniu. Przed godziną 15:00. Całkiem przyjemnie jechało się do Biescas. Później mniej, bo pod górkę. Na zaporze w Búbal trochę wiało. Jakoś uporałem się z podjazdem pod Hoz de Jaca. Od zapory liczy on sobie 2,5 km długości ze średnim nachyleniem wynoszącym 7,2 % i różnicą wysokości równą 180 m. Geocontext-Profiler podaje 240 m przewyższenia… Największe nachylenie występowało przed samym miasteczkiem i wynosiło 15 %, ale zauważyłem, że ten fragment drogi został wyremontowany i nie jest już tak stromy, jak pamiętam. Najwyższy punkt stanowi Puerto de Hoz de Jaca
(1272 m n.p.m.). Zatrzymałem się obok punku widokowego, aby zrobić kilka zdjęć, a tutaj atrakcja, której w ubiegłym roku nie było – druga największa tyrolka w Europie. Jej długość wynosi 950 m. Przy prędkości 90 km/h pokonuje się różnicę poziomów wynoszącą 120 m. A to wszystko w cenie 15 euro. Trzeba w przyszłym roku spróbować!


Embalse de Búbal


Kawałek dalej jest punkt widokowy...
...czyli klatka wisząca 200 m nad taflą zbiornika
W centrum Tramacastilla de Tena
Tirolina Valle de Tena
Para śmiałków

Szybko zebrałem się stamtąd, gdyż wiało dość mocno. Stromy zjazd do El Pueyo de Jaca i chwila zastanowienia: atakować podjazd do Balneario de Panticosa czy nie? Do zachodu Słońca została godzina. W tym momencie dokonałem spostrzeżenia, które zawsze mnie motywuje: nie po to jechałem taki kawał drogi, aby teraz, przed właściwym podjazdem zrezygnować. No i pojechałem. Od ronda w Panticosa do Hotelu Continental podjazd liczy sobie 8,2 km długości i 620 m przewyższenia przy deniwelacji równej 480 m, natomiast właściwy podjazd, liczony od szlabanu dolnego do górnego (które są opuszczane i droga jest zamykana, gdy istnieje ryzyko lawinowe w dolinie) to około 5,6 km. Jadąc pod górę, po prawej stronie rozpościera się przepaść, natomiast zboczem po lewej co kilkadziesiąt metrów spływają potoki. Na wiosnę będą to prawdziwe wodospady. W Panticosa temperatura wynosiła ponad 8 st. C, natomiast w Balneario, na wysokości 1630 m n.p.m. (według innych źródeł: 1655 m n.p.m.) były niespełna 2 st. C. Miałem nadzieję wejść do któregoś z hotelów, by nie wychłodzić się zbyt szybko, ale wszystko było pozamykane na cztery spusty.

Jedno z osiedli w Panticosa (1185 m n.p.m.)
Dolna cześć podjazdu do Balneario de Panticosa
Najpewniej są to (od lewej): Garmo Negro (3056 m n.p.m.), Pico de Pondiellos (2917 m n.p.m.), Pico de Los Arnales (3006 m n.p.m.)


Nie mając chwili do stracenia, póki jeszcze byłem rozgrzany po wspinaczce, ubrałem na siebie wszystko, co miałem, czyli trzecią parę skarpet, kamizelkę i dziurawą (powypadkową) wiatrówkę. Chciałem przetestować patent z dwiema cienkimi warstwami na zewnątrz. Zdał egzamin. Do pełni szczęścia brakowało tylko owiewów na buty, ocieplaczy na kolana i drugiej pary rękawic. O dziwo, na zjeździe nie zmarzłem tak bardzo, jak się tego spodziewałem. Brak czucia w stopach to standard, a jeśli byłem w stanie hamować, to z dłońmi nie było tak źle. Zjazd pokonałem już o zmroku, a ostatnich 30 km dzisiejszej trasy po ciemku. Do Sabiñánigo wróciłem przed godziną 19:00. Teraz nastąpi kilka dni odpoczynku od roweru. Pora szlifować idioma español.

Dane:
80,32 km
3 h 19 min 56 sec
Vśr = 24,10 km/h
Vmax = 60,08 km/h
2090 m przewyższenia


Słowo na dziś:
el frío - zimno

18 listopada 2016

Traktat o rowerze

O aktualnym rowerze słów kilka (choć dla mnie to temat-rzeka) miałem napisać w dniu wczorajszym, ponieważ - jeśli mnie pamięć nie myli - równo 18 miesięcy wcześniej odbyłem na nim swoją pierwszą przejażdżkę. Już począłem tworzyć rozbudowany wpis, lecz w porę coś mnie tknęło i zdołałem ograniczyć swe pisarskie zapędy. Jak to kiedyś ujął mój profesor filozofii, który w wieku 71 lat miał na koncie blisko 70 publikacji naukowych: „jestem zmuszony, by hamować własne moce twórcze”…

18 miesięcy minęło jak jeden dłuższy wyjazd. Pora więc na drobne podsumowanie. Gwiazdą wieczoru jest Canyon Ultimate AL SLX 9.0 SL. Moja druga kolarka w kwestiach technicznych prezentuje się następująco:
  • rocznik 2015,
  • rama aluminiowa, podwójnie cieniowana, rozmiar L,
  • pełna grupa Sram Force 22,
  • koła Mavic Kysrium SLS,
  • waży około 7,6 kg + – 0,1 kg,
  • …i kosztował 10 razy więcej, niż pierwszy rower.

La Bestia

W ciągu tych 551 dni przejechałem na nim 23.564 km + – 33 km (błąd pomiaru licznika na poziomie 0,14 %), co daje średnio 42,766 km na dzień. Wykręcenie tego dystansu zajęło mi 897 godzin i 19 minut, czyli prawie 1 godzinę i 38 minut na rowerze dziennie. Zatem każdego dnia pokonywałem dystans biegu maratońskiego w trochę lepszym czasie niż wynosi rekord świata. Wytop łydy trzeba uskuteczniać, nie ma zmiłuj.

Trochę wstyd się przyznać, ale nie dbałem o rower tak, jak pierwotnie zakładałem, że będę to czynił. Jeżeli przyjąć, że żywotność łańcucha wynosi 3000 km, kaseta wytrzymuje 3 łańcuchy (9000 km), a blaty korby 3 kasety (27.000 km), to zajeżdżam swój rower niemiłosiernie. W 2015 roku przejechałem 10.500 km (w 407 godzin i 36 minut) na jednym łańcuchu i jednej kasecie. Faktycznie, po około 7000 km łańcuch zaczął sprawiać problemy, tzn. nie zawsze odpowiednio wskakiwał na daną zębatkę. W tym roku zainwestowałem w nową kasetę i dwa łańcuchy, które - zaraz po umyciu roweru - miałem zmieniać rotacyjnie co 1000 km. W lecie taki dystans byłem w stanie zrobić w ciągu 1-2 tygodni. Plany znowu spaliły na panewce. Lenistwo zwyciężyło.

Rekordy i ciekawostki:
  • największa prędkość: 89,35 km/h (12.07.2015 r., zjazd z przełęczy Somport do Canfranc-Estación; w przyszłym roku, na zjeździe z Tourmalet postaram się zbliżyć do 100 km/h, próbując przy tym nie zabić się,
  • najwyżej położone miejsce: 1800 m n.p.m. (29.06.2015 r., stacja narciarska Sarrios),
  • najdłuższa dzienna trasa: 400 km w 13 godzin i 5 minut dla Vśr = 30,56 km/h (07.08.2016 r., Katowice-Ogrodzieniec-Katowice-Pszczyna-Katowice-Woźniki-Katowice),
  • najdłuższa jazda bez trzymania kierownicy: 4,00 km w około 8 minut (27.12.2015 r., ul. Beskidzka w Katowicach),
  • najwięcej kilometrów wykręciłem w Polsce, następnie w Hiszpanii (3914 km), potem w Słowacji, we Francji (32 km) i w Czechach (12 km),
  • ilość dziennych tras o dystansie minimum 100 km: 70 (a do tego kilka takich dni, kiedy wykręciłem ponad 100 km, ale nie policzyłem tego, jako jednolita trasa),
  • ilość bliskich spotkań z asfaltem: 2 (08.04.2016 r. - minimalnie zbyt duża prędkość na mokrym rondzie; 05.06.2016 r. - dziecko na hulajnodze na ścieżce rowerowej),
  • kilka drobnych usterek, w tym 2 kapcie (ostatni w dniu 14.11.2016 r.).




Od niedzieli ma padać przez kilka dni, dlatego dzisiaj wybrałem się na przejażdżkę po okolicznych hopkach. Zaliczyłem miejscowości Osán, Latas, Larrés, Cartirana. Podjazd do pierwszej z nich uświadomił mi, że trzeba się odchudzić. Masa jest, pora ją rzeźbić, a na wiosnę cieniować nogę, lecz przede wszystkim brzuch.

Dzisiejsza jazda, nie uwzględniona w tych statystykach:
40,53 km
1 h 42 min 50 sec
Vśr = 23,65 km/h
Vmax = 70,74 km/h
800 m przewyższenia


Słowo na dziś:
la bicicleta - rower

17 listopada 2016

La Fogaza

Dla odmiany - czas na trekking. Padre stwierdził, że do zdobycia „Korony Sabiñánigo” brakuje mu jeszcze jednego szczytu. Tłumaczyłem, że nie otrzyma za to Śnieżnej Pantery, ale on się uparł. Nie chcąc, aby się zgubił i został pożarty przez coś, poszedłem z nim.

Wystartowaliśmy o godzinie 13:30. Przeskoczyliśmy Sabiñánigo Alto i weszliśmy na szlak. Wspinaliśmy się od strony północnej, gdzie z powodu braku dostępu Słońca, wilgotność była większa, a co za tym idzie - roślinność bujniejsza. Po godzinie od wyjścia z domu dochodziliśmy błotnistym szlakiem na zalesiony szczyt La Fogaza. Nie jestem pewien co do nazwy ani wysokości, choć ta druga wynosi między 1100 a 1200 m n.p.m.

Padre był przekonany, że udając się na wschód, dojdziemy do wypalonego ponad 10 lat temu fragmentu lasu, skąd wspaniałe widoki będą zagwarantowane. Jak się później okazało, miał rację. Zeszliśmy więc ze szlaku i przez kwadrans błądziliśmy, przedzierając się przez rzadko rosnące drzewa oraz chaszcze i wysokie, kłujące trawy. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym natura powoli się odradzała, a stamtąd mieliśmy widok na… wszystko. Gdy oczy zostały nacieszone, podjęliśmy decyzję o zejściu nasłonecznionym zboczem do Rapún. Podczas pierwszych dni emigracji odwiedziłem to miejsce na rowerze. Teraz była okazja, aby lepiej je poznać.


Po lewej wybuch lokalnego wulkanu
Sabiñánigo

Odnalezienie szlaku było znacznie trudniejsze. Po dłuższej chwili okazało się, że mamy jednak więcej szczęścia niż rozumu, ponieważ trafiliśmy nie tam, skąd przyszliśmy, lecz gdzie mieliśmy później schodzić do Rapún. Wieś składa się z kilku domów, dlatego spacer przez nią trwał nie więcej jak minutę. Interesujące są za to formacje skalne w jej okolicy. Trudno je opisać w słowach, lepiej zobaczyć na zdjęciach. Generalnie robią wrażenie.

Rapún, Iglesia de San Félix


Z Rapún zeszliśmy szlakiem rowerowym, którym - gdybym miał rower górski - w niektórych miejscach ani bym nie podjechał, ani nie zjechał, może nie tyle z braku mocy, co ze strachu. Weszliśmy do miasta od strony El Puente de Sabiñánigo, lecz po przeciwnej stronie Río Gállego. Nagle naszym oczom ukazał się nowy most, a obok tablica informacyjna mówiąca o przebiegającej tędy El Camino del Pastor. Jakaś nowość - pomyśleliśmy. W domu pogrzebałem trochę na ten temat w Internetach. Okazało się, że niedaleko domu, a później właśnie tamtędy, od prawie tysiąca lat przebiega trasa pielgrzymki z Jaca do Yebra de Basa, a następnie do Ermita Santuario de Santa Orosia (1557 m n.p.m.). Kościół stoi na szczycie płaskowyżu dopiero od 350 lat, choć może wcześniej była tam jakaś kaplica. Istnieje ewentualność, iż celem pątników były kaplice znajdujące się na tamtejszym szlaku, w których – jak przypuszczam na podstawie tego, co zdołałem wyczytać i przetłumaczyć – według legendy przechowywany był Święty Graal zanim trafił do Monasterio de San Juan de la Peña.

Wróciliśmy do domu o godzinie 18:10. Trasa o długości około 15 km zajęła nam 4 godziny i 40 minut. Gdyby jednak zrealizować założenia doktrynalne prawdziwego marszobiegu (pozdrower dla Damjanusza), trasa zajęłaby nie więcej niż 2 godziny 30 minut. Większych strat, poza podrapanymi nogami, nie odnotowałem.


Słowo na dziś:
el senderismo - trekking

16 listopada 2016

Barbenuta y Espierre

To jest niesamowite, gdzie ci ludzie swego czasu zakładali wioski! Do niektórych z nich dojazd jest wręcz kosmiczny. Domyślam się, że tych kilkaset lat temu kierowali się przede wszystkim względami bezpieczeństwa. W dzisiejszych czasach nie mają one większego znaczenia, natomiast trudności związane z dotarciem do nich i mieszkaniem w takich miejscach pozostały.

Po południu zaliczyłem dwa miasteczka, o których istnieniu dowiedziałem się dopiero tydzień temu. Analizowałem sobie mapę i przypadkiem natknąłem się na dwa małe punkty, leżące obok siebie w górach, pod którymi niejednokrotnie przejeżdżałem bez świadomości tego, że gdzieś tam wysoko ktoś może mieszkać. Są to Barbenuta (1185 m n.p.m.) i Espierre (1242 m n.p.m.).

Najpierw obowiązkowa siesta, dopiero po której z trudem zebrałem się na rower. Była zresztą dosyć późna godzina na dalsze wojaże. Pierwszy cel: wioska Orós Bajo i zbadanie czy droga prowadząca z niej będzie stanowiła godny uwagi skrót. Wszak deniwelacja na poziomie 210 m oraz 6 serpentyn na dystansie 2,5 km mogą robić wrażenie. Niestety okazało się, że jest to droga kamienista, przeznaczona bardziej dla roweru górskiego bądź samochodu terenowego. Troszkę smutek.

Pozostała realizacja głównego celu. Pojechałem zatem tak, jak radził David: przez Orós Alto do Biescas, potem w kierunku Gavin, przed którym odbiłem na tamtejszy kemping, a ten ominąwszy od lewej, rozpocząłem właściwy podjazd. Posiada on średniej jakości nawierzchnię. Droga do Aso de Sobremonte po przeciwnej stronie doliny jest o wiele ciekawsza: w super stanie, bardziej stroma, naznaczona serpentynami, acz mniej widokowa. Wspinaczka do Barbenuta liczy sobie 6,7 km i 515 m przewyższenia, natomiast do końca asfaltu w Espierro jest to odpowiednio 7,1 km i 615 m (wg Geocontext-Profiler; w rzeczywistości trudno mi się zgodzić z tymi danymi). Faktycznie - jak zakładałem - dalszy podjazd rowerem szosowym do Ermita de San Juan jest niemożliwy. Poświęciłem krótką chwilę na podziwianie widoków. Z uwagi na zapadający zmrok, na szybkości udałem się w drogę powrotną do domu. Niepotrzebnie spodziewałem się fajerwerków, aczkolwiek uświadomiłem sobie, jak wiele tutaj pozostało jeszcze do odkrycia.



Poniżej drogi La Cascada de Orós Bajo - dwa wodospady o wysokości 30 m i 16 m
Barbenuta, Iglesia de San Pedro oraz dawny wyciąg
Espierre, Iglesia de San Esteban
Dolna część Valle de Tena, tutaj chyba kiedyś był lodowiec

Wycieczka w liczbach:
54,25 km
2 h 16 min 33 sec
Vśr = 23,83 km/h
Vmax = 54,26 km/h
1375 m przewyższenia


Słowo na dziś:
la desilusión - rozczarowanie

15 listopada 2016

Kamień widmo

Pojechałem, poszukałem i... nic nie znalazłem. Ani śladu kamienia czy głazu. Tylko wyschnięty kawałek błota, w który ktoś wjechał, ale chyba nie byłem to ja. Zasady logiki i doświadczenie życiowe podpowiadają, że nie mogłem to być ja. Dobrze, że nie zabrałem ze sobą młotka. Zagadka pozostaje nierozwiązana. Na szczęście rower został już przywrócony do stanu używalności.




Kilka słów o kamieniach: zasadniczo jest to jedyny problem tutejszych dróg. Drogi te częstokroć prowadzą pod skarpami lub stromymi zboczami, a tutejsze skały wydają się być stosunkowo kruche i podatne na procesy wietrzenia, stąd na jezdni zalegają kamienie mniejsze i większe. Dla kolarza stanowi to pewne ryzyko, dlatego cały czas należy być skupionym i patrzeć przed siebie, choć krajobrazy tego nie ułatwiają.

Pamiętam, jakiego szoku doznałem, gdy pierwszy raz na kolarce najechałem na kamień - wystrzelił spod opony jak pocisk. Osobie na chodniku bądź poboczu można w ten sposób zrobić krzywdę. Sam kilka razy dostałem tak w nogę od kolegi jadącego obok. Nie jest to przyjemne. Jednak lepiej w nogę, niż w rower, choć ten również oberwał. Rama posiada swoje "pamiątki". Pozostaje kwestia samochodów. Jeśli dobrze liczę, około 10 pojazdów nosi na karoserii ślady po kamieniach, ponieważ ich kierowcy w nieodpowiednim miejscu i czasie podjęli manewr wyprzedzania mojej osoby. Piszę to jako ostrzeżenie. Jeżeli zobaczycie kolarza na drodze - uciekajcie, gdzie pieprz rośnie!


W opozycji do błota - dzisiejszy zachód Słońca

Podczas poszukiwań "Świętego Graala" wykręciłem:
24,26 km
1 h 00 min 53 sec
Vśr = 23,90 km/h
Vmax = 65,89 km/h



Słowo na dziś:
el barro - błoto