Nie ukrywam, że nie mając doświadczenia w podróżowaniu autostopem, byłem pełen obaw przed dzisiejszym dniem. Trudno mi oceniać, jak Hiszpanie wypadają na tle innych narodów, jeżeli chodzi o pozostawanie w gotowości do zabrania ze sobą potencjalnych podróżników, ale na naszej mikro trasie początkowo nie wyglądało to zbyt optymistycznie...
Na odcinku o długości 3 km Padre starał się - dziwnie machając ręką - zatrzymać jakiś samochód. Ja nigdy nawet nie próbowałem, więc stwierdziłem, że nie znam się. Niemniej ta sztuka udała się później dopiero mojej osobie. Po godzinie od wyjścia z domu dotarliśmy do ronda (samochody i tak muszą zwolnić), gdzie znajduje się wjazd na bezpłatną autostradę. Zastosowałem moją autorską metodę: otóż stanąłem przodem do nadjeżdżających, wyprostowałem się, wyszczerzyłem zęby w serdecznym i godnym zaufania uśmiechu, wystawiłem kciuk w górę i… zatrzymałem pierwszy lepszy samochód. Starszy gość jechał furgonem z Huesca do Jaca, gdzie po godzinie przerwy kontynuował podróż do Astún, kurortu narciarskiego niedaleko przełęczy Somport (1640 m n.p.m.). Według jego relacji, śnieg tam leży, ale drogi suche. Podyskutowaliśmy trochę. Początkowo wziął nas za Marokańczyków, ale wyjaśniliśmy, że jesteśmy tylko niezmotoryzowanymi Polakami. Miły pan podrzucił nas do centrum Jaca.
Po załatwieniu w Centro de Atención e Información de la Seguridad Social niezbędnego dokumentu, udaliśmy się na drugi koniec miasta do tamtejszego cienko przędącego centrum handlowego. Niezbędny zakup w postaci trzech nowych dętek został dokonany w markecie sportowym (oby tylko nie były felerne!). Powrót do centrum dodał nam w nogach kilka kolejnych kilometrów. Jeszcze tylko krótki spacer wokół cytadeli i można było wracać do domu. Udaliśmy się w kierunku ronda za miastem, z którego - tym razem od strony Jaca - można wjechać na pokonany uprzednio fragment autostrady.
Na odcinku o długości 3 km Padre starał się - dziwnie machając ręką - zatrzymać jakiś samochód. Ja nigdy nawet nie próbowałem, więc stwierdziłem, że nie znam się. Niemniej ta sztuka udała się później dopiero mojej osobie. Po godzinie od wyjścia z domu dotarliśmy do ronda (samochody i tak muszą zwolnić), gdzie znajduje się wjazd na bezpłatną autostradę. Zastosowałem moją autorską metodę: otóż stanąłem przodem do nadjeżdżających, wyprostowałem się, wyszczerzyłem zęby w serdecznym i godnym zaufania uśmiechu, wystawiłem kciuk w górę i… zatrzymałem pierwszy lepszy samochód. Starszy gość jechał furgonem z Huesca do Jaca, gdzie po godzinie przerwy kontynuował podróż do Astún, kurortu narciarskiego niedaleko przełęczy Somport (1640 m n.p.m.). Według jego relacji, śnieg tam leży, ale drogi suche. Podyskutowaliśmy trochę. Początkowo wziął nas za Marokańczyków, ale wyjaśniliśmy, że jesteśmy tylko niezmotoryzowanymi Polakami. Miły pan podrzucił nas do centrum Jaca.
Po załatwieniu w Centro de Atención e Información de la Seguridad Social niezbędnego dokumentu, udaliśmy się na drugi koniec miasta do tamtejszego cienko przędącego centrum handlowego. Niezbędny zakup w postaci trzech nowych dętek został dokonany w markecie sportowym (oby tylko nie były felerne!). Powrót do centrum dodał nam w nogach kilka kolejnych kilometrów. Jeszcze tylko krótki spacer wokół cytadeli i można było wracać do domu. Udaliśmy się w kierunku ronda za miastem, z którego - tym razem od strony Jaca - można wjechać na pokonany uprzednio fragment autostrady.
| La Ciudadela de Jaca z XVI-XVII wieku, w tle Fuerte de Rapitán |
| W miejscu dawnej fosy żyją teraz krwiożercze bestie, od czasu do czasu ktoś spadnie z góry i jego los jest już przesądzony |
Padre już nie machał dziwnie ręką, dał za wygraną, był już bowiem pogodzony z myślą o wracaniu do domu pieszo jeszcze niespełna 20 km. Ja natomiast czułem, że po takiej trasie znowu zaczynają pojawiać się odciski na stopach (wszak pokonaliśmy pieszo około 15 km), więc choćbym miał rzucić się pod koła, zatrzymam jakiś samochód. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilku próbach, przy zastosowaniu mojej „uśmiechniętej” metody, zanim jeszcze doszliśmy do rzeczonego ronda, zatrzymał się samochód. Okazało się, że młoda para podróżowała z Jaca do Saragossy. Akurat w tym samym momencie z przeciwnego kierunku nadjechała Policía Local. Zatrzymali się za nami i obserwowali w lusterkach, kiedy przestaniemy stwarzać zagrożenie na drodze - w końcu kierująca dziewczyna zatrzymała się w miejscu nie do końca na to zezwalającym. Nie chcąc, aby ludzie dobrego serca mieli przez nas jakieś kłopoty, po błyskawicznym przepakowaniu rzeczy z tylnego siedzenia do bagażnika, szybko wskoczyliśmy do środka i odjechaliśmy. Droga powrotna zajęła nam 10 minut zamiast 3 godzin. Kolejni mili znajomi podrzucili nas pod sam dom, gdzie byliśmy już o godzinie 15:00.
| Droga powrotna w przerwach między łapaniem stopa |
Słowa na dziś (takie tam, czyste zbiegi okoliczności):
la esposa - żona
ale
las esposas - kajdanki
oraz
casado - żonaty
ale
cansado - zmęczonyn
Junior! Przecież to są renifery Św. Mikołaja!!!! ;) ;)
OdpowiedzUsuń