30 listopada 2016

Fuerteventura

Niektórzy ludzie posiadają dar. Każdy ma inny. Znam jedną z takich osób. Jest to mój miły znajomy, równy kolo, taki ziom - Jarek. Ma on niesamowitą wytrzymałość. Swego czasu stał się dla mnie Jarosławem „Niszczycielem”. Ukończył na 13. miejscu (z czasem brutto 39 h 45 min 50 sec) tegoroczną edycję ultramaratonu kolarskiego Bałtyk-Bieszczady Tour. Ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych. 1008 km non-stop. Totalne szaleństwo! Do tego końcówka prowadziła po niemałych hopkach. Nie tylko wygrał ze swoimi słabościami, ale na trasie przeżył również bliskie spotkanie z asfaltem oraz wybiegającym z lasu w nocy stadem dzików. Istny człowiek-maszyna.

Jarek, przygotowując się do BBT 2016, przed śniadaniem odbywał brutalne treningi. Gdy ja wstałem rano do pracy, on miał już w nogach kilkadziesiąt kilometrów. Podobnie wieczorami. Kiedy ja miałem w planach po całym dniu rozsmakować się w dobrym piwie, on starał się wyciągnąć mnie jeszcze na szybką czasówkę do lotniska i z powrotem. Weekendowe trasy po 300-400 km robił jakby od niechcenia. Po prostu Terminator. Pamiętam kilka takich sytuacji, kiedy miałem problem, aby na prostej utrzymać się mu na kole. W jedną niedzielę wybraliśmy się o 5:00 rano do Ogrodzieńca, innym razem o świcie wyruszyliśmy do Częstochowy. Musiałem go upominać, że jeśli nie zwolni, dalej pojedzie sam, bo ja zostanę daleko z tyłu. Na szczęście posłuchał mnie, dlatego były to jedne z milej wspominanych przeze mnie całodziennych wypraw w tym roku.

Laurka wystawiona, pora przejść do sedna. Nawet taki tytan jak Jarosław „Niszczyciel” musi czasem odpocząć i zregenerować się. W listopadzie wybrał się z rodziną na wyspę Fuerteventura. Jako że Jarek - podobnie jak ja - z trudem wytrzymuje jednodniową rozłąkę z rowerem, nie wspominając już o kilku dniach bez kręcenia, postanowił na miejscu
wypożyczyć rower i przejechać się po wyspie. Według jego relacji, wieje tam jak diabli. W końcu jedna z wersji tłumacząca pochodzenie nazwy do tego właśnie się odnosi (hiszp. fuerte - mocny, el viento - wiatr).

Koszt otrzymania do dyspozycji sprzętu na jeden dzień to 22 euro (taniej w przypadku większej ilości dni). W zestawie był rower
na aluminiowej ramie i karbonowym widelcu, z trzema blatami z przodu, kask, pompka i zapasowa dętka. Pedały musiał zabrać swoje. Sprzęt miał już swoje lata, ale utrzymany był w dobrym stanie i sprawował się bez zarzutu. Na tym rowerze Jarek zrobił ponad 100-kilometrową trasę, podczas której napstrykał trochę zdjęć. Korzystając z jego uprzejmości, dzielę się ze światem tym, co zobaczył.












W Polsce taka tablica powinna stać maksymalnie co 1 km







Jarosław "Niszczyciel" Piekarz we własnej osobie...

...i maszyna, jaką dosiadał


Słowo na dziś:
el destructor - niszczyciel

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz