No to jedziemy z tym koksem!
Pierwsza jazda bodaj od czwartku. Wczoraj jeszcze padało dookoła, chociaż nad samym Sabiñánigo było dość ładnie. Nie zdecydowałem się jednak, aby coś pokręcić. Co innego dzisiaj. Trochę chłodniej, podobnie wiało od zachodu, ale za to chmury spowijały tylko okoliczne szczyty.
Drobna pseudo rozgrzewka na dwóch podjazdach w okolicach Cartirany. Pierwszy ma nowy, równy jak stół asfalt na długości ponad pół kilometra, razem z krótką dojazdówką z poziomu głównej ulicy daje przeszło 50 m przewyższenia.
Tutaj drobna dygresja: wszystkie przewyższenia, jeśli już liczę, to za pomocą mniej lub bardziej dokładnego Geocontext-Profiler. Nie mam stravy, endomondo czy garmina. Ba, nawet miziafona nie posiadam - i dobrze mi z tym!
Wracając do sedna: drugi podjazd również niedawno wylanym asfaltem prowadzi na hopkę poza miastem, na której znajduje się Ermita de Santa Lucía - ćwierć kilometra długości, około 15 m przewyższenia.
Potem już zabawa pod wiatr do Larrés na jednej z niewielu pokonanych dzisiaj dłuższych prostych. Powrót z dwukrotnie większą prędkością, ale wiało okrutnie też od prawej, więc chwila nieuwagi wystarczyła, aby wylądować na poboczu jak Geraint Thomas podczas Gent-Wevelgem 2015. Szybka zmiana kierunku na północ w stronę Biescas, odbicie na srogi podjazd pod Oliván (ponad kilometr długości i 100 m przewyższenia), zjazd i odbicie na Lárrede, gdzie znajduje się kościół zbudowany w okolicach 1050 roku w ramach stylu pierwszej sztuki romańskiej (zdjęcie wkrótce). Zahaczyłem o Javierre del Obispo oraz Satué i zjechałem do Sardasu, skąd kierowany ciekawością zaliczyłem całkiem konkretny podjazd (prawie 2 km długości i prawie 150 m w górę) do Isún de Basa. Pamięć nie myliła mnie - kawałek dalej leżała opuszczona wioska San Román de Basa. Okazało się jednak, że choć kościół jest mocno uszkodzony, szczególnie dach, to jednak na przykościelnym cmentarzu leżą świeże kwiaty (z racji ostatniego święta), a w okolicy stoi całkiem ładnie wyremontowana hacjenda - ktoś tutaj, na końcu świata musi pomieszkiwać. Nie zagrzałem tam zbyt długo miejsca i na szybkości wróciłem do Sabi.
Jeżeli chodzi o liczby, dzisiejszy wyjazd przedstawia się następująco:
50,01 km
2 h 12 min 59 sec
Vśr = 22,56 km/h
Vmax = 68,61 km/h
ponad 1050 m przewyższenia
Druga dygresja: był okres, gdy jeździłem głównie dla cyferek. Z czasem okazało się, że jest to pozbawione sensu. Zmieniłem podejście. Poniekąd przyczynił się do tego wypadek, jaki miałem będąc pierwszy i zarazem ostatni raz w Zakopanem (może kiedyś więcej o tym). Niemniej licznik na kierownicy pozostawiłem. Bardziej z ciekawości i dla celów "badawczych". Prosty licznik niemieckiego producenta, same niezbędne dane.
I tyle w temacie. Co do samego pisania: z jednej strony fajna sprawa, z drugiej czasochłonna i najpewniej szybko mi się znudzi. Lepiej przeznaczyć czas na naukę hiszpańskiego. Będę musiał pomyśleć na inną, okrojoną formą.
BTW Języka będziemy uczyli się razem ;)
Słowo na dziś:
el cura - ksiądz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz