1 grudnia 2016

Formigal

Wczoraj wymieniłem dętkę. Nie jeździłem w sumie przez tydzień. Musiałem rozpocząć od czegoś konkretnego. Wybór padł na Puerto del Portalet (1794 m n.p.m.). Chciałem w wysokich górach zobaczyć z bliska, jak wygląda śnieg. Oczywiście wyjechałem zbyt późno na taką trasę. Dookoła czyste niebo, a termometr wskazywał 11 st. C. Ruszyłem w górę Valle de Tena. Początkowo zbyt mocno. Ostre, górskie powietrze negatywnie odbiło się na moim gardle. Spokojniejszym tempem dojechałem do Biescas, za którym zaczął się podjazd. W Słońcu jechało się całkiem przyjemnie, w cieniu natomiast temperatura spadała poniżej 10 st. C. Pierwszy śnieg leżał na poboczu w okolicach zjazdu do Piedrafita de Jaca. Musiałem zwolnić, ponieważ droga wyglądała nawet na oblodzoną. Zrobiłem kilka zdjęć na pobliskim parkingu i ruszyłem w kierunku Escarrilla. W miejscowości tej zawsze uzupełniałem zapasy wody w tamtejszym źródełku. Teraz zabrałem ze sobą pełny bidon, z którego nie wziąłem ani jednego łyku.

Od lewej do prawej delikatnie widać Tirolina Valle de Tena o długości 950 m

Ostatnie deszcze i topniejące śniegi podniosły poziom wody w Embalse de Búbal

W lewym górnym rogu wisi zielona klatka - punkt widokowy w Hoz de Jaca

Dolina po środku prowadzi do Balneario de Panticosa



Zatrzymałem się na chwilę, aby założyć i włączyć światła przed wjazdem do tunelu. Za nim, a dokładniej od Presa de Lanuza pogorszyła się trochę sytuacja na drodze. Pojawiło się więcej śniegu, a jezdnia częściej była mokra. Trudno było określić, czy w niektórych miejscach nie jest oblodzona. Temperatura na ukrytym w cieniu podjeździe oscylowała w granicach 4-5 st. C. Ponadto ciśnienie w oponach wynosiło 9 atmosfer, a nie zamierzałem spuszczać powietrza w celu poprawy przyczepności - nie chciałem grzebać przy wentylach, ponieważ miałem ostatnio wystarczająco dużo przygód z dętkami. Stwierdziłem, że zjazd tą drogą jest równoznaczny z samobójstwem. W zaistniałej sytuacji musiałem zmienić trasę. Zatrzymałem się w miejscowości Formigal (1581 m n.p.m.). Generalnie rzecz biorąc, wjechałem sobie dzisiaj na Pilsko (1557 m n.p.m.). Myślę, że przed końcem roku jeszcze będzie okazja do zdobycia przełęczy.




Sallent de Gállego

Podjechałem w górę miasta, aby złapać ostatnie promienie zachodzącego Słońca. Zatrzymałem się obok jednego z hotelów, gdzie wdrożyłem w życie, opracowany jeszcze w domu, przebiegły plan. Był tak dobry, że aż sam siebie zaskoczyłem, jaki jestem genialny. Otóż zabrałem ze sobą plecak, do którego spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy: zaczynając od dodatkowych ubrań, przez aparat fotograficzny, kończąc na smacznych ciastkach. Ceną tego były mokre plecy przez całą drogę, ale było warto. Ubrałem na siebie wszystko, co miałem: długie, lekko ocieplane getry rowerowe założyłem na krótkie, na to bluzę rowerową i wiatrówkę, na stopy trzecią parę skarpet i owiewy na buty, a do tego drugą parę rękawic. Będąc gotowym do jazdy, skierowałem się ku bocznej drodze prowadzącej do Sallent de Gállego. Przez cały dzień była oświetlona promieniami słonecznymi, dlatego powinna być sucha.
 



Formigal

Opuszczając miasteczko, minąłem parę podróżników z plecakami. Dziewczyna miała przyczepioną do ekwipunku muszlę św. Jakuba, stąd wywnioskowałem, że są pielgrzymami i zmierzają do Santiago de Compostela. Wyglądali na dosyć zagubionych. Wymieniliśmy szybkie ¡hola! Niewiele dalej zatrzymałem się, by sfotografować krowy przy drodze. Młoda wołowina tak uroczo wyglądała, że nie mogłem tego nie zrobić. W tym czasie dobiegła do mnie wspomniana dziewczyna i zaczęła wypytywać, jak dostać się do Sabiñánigo. No i zaczęła się dyskusja. Okazało się, że pochodzi z Belgii, natomiast jej znajomy jest Brazylijczykiem. Ucieszyła się, gdy dowiedziała się, że rozmawia z Polakiem. W ubiegłym roku wespół z kolegą Maciejem spotkaliśmy na pobliskiej przełęczy parę belgijsko-hiszpańską, która wybrała się na wycieczkę z Belgii do Hiszpanii na zabytkowych traktorach). Wracając do rozmowy, wytłumaczyłem interlokutorce, że idąc w dół doliny, do Biescas dotrze po 20 km, natomiast po kolejnych 15 km do Sabi. Jedyne wyjście, jakie im pozostało, to zejść do głównej drogi i spróbować złapać stopa. Dziewczyna zapytała też o jakąś pracę na czarno dla znajomego. W tej materii poradziłem spotkać się z księdzem jednej z parafii w Sabi. Tylko el cura może pomóc coś więcej. Serdecznie pożegnaliśmy się. Jestem ciekaw, jak potoczyły się dalsze ich losy. Może jeszcze ich spotkam w najbliższych dniach.


Stoki narciarskie są już przygotowane



Zjechałem do Sallent de Gállego, potem minąłem miasteczko Lanuza i dotarłem do zapory o tej samej nazwie, przed którą znajdował się fragment drogi leżący w permanentnym cieniu. Udało mi się powoli przejechać kilkadziesiąt metrów po tamtejszym śniegu. Biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie nabyłem jeżdżąc kolarką w zimie po polskich drogach, ten odcinek powinienem pokonać z zamkniętymi oczami, aczkolwiek nie czułem się zbyt pewnie i lekko panikowałem, ponieważ były to dla mnie pierwsze tak „trudne” warunki tej jesieni. Niewiele dalej wróciłem na główną drogę i już po zmierzchu przejechałem resztę dystansu, czyli pozostałych do Sabi 30 km.


Dane:
78,34 km
3 h 14 min 04 sec
Vśr = 24,22 km/h
Vmax = 60,85 km/h
1730 m przewyższenia


Słowo na dziś:
la reunión - spotkanie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz