Nie mogło być inaczej. Po obżarstwie dnia poprzedniego, niedziela wymagała chociaż odrobiny ruchu. Zważywszy na to, że mamy zimę, dłuższa trasa odpadała. Wybór padł na przełęcz, poniżej której znajduje się Túnel de Petralba. Przy 13 st. C, choć pod wiatr, jechało się całkiem przyjemnie. Zapisałem sobie wynik na owym, prywatnym segmencie. I tak, podjazd liczony od zjazdu do Yebra de Basa (ok. 860 m n.p.m.) do najwyższego punktu, jaki osiąga droga (ok. 1227 m n.p.m.), miał 7,77 km długości. Dystans ten pokonałem w oszałamiającym czasie 28 minut i 43 sekund. Prędkość średnia równa 16,23 km/h. Wszystko fajnie, gdyby nie fakt, że ucieczka na 15. etapie tegorocznej Vuelta a España, w której jechał m. in. Contador, Quintana, Formolo i zwycięzca etapu Brambilla - owa ucieczka pokonała ten odcinek w około dwanaście i pół minuty... Nie ma miłości, trzeba dalej trenować. Zjechałem więc do Sabi, zrobiłem dwie pętle po miejskich hopkach i w ten oto sposób nogi otrzymały należną im dzienną dawkę roweru.
| Túnel de Petralba |
| Val Ancha w oddali |
| Yebra de Basa |
Z kolei na poniedziałek miałem plan. Święta się już skończyły, aczkolwiek Hiszpanie w większości mieli dzisiaj wolne - najpewniej z uwagi na to, iż 25. grudnia wypadł w niedzielę. W wysokich górach od kilku dni panują dziwne anomalie: w ciągu dnia temperatura wynosi ponad 10 st. C, o godzinie 19:00 spada do 3 st. C, by trzy godziny później ponownie wzrosnąć do 11-12 st. C i utrzymać ten stan do wczesnych godzin porannych. W dolinie za to w nocy jest blisko 0 st. C. Ponieważ nadspodziewanie ciepło jest w wyższych partiach, zaatakowałem dzisiaj Puerto de Somport.
Synonimem drogi do Jaca jest jazda pod wiatr. Kiedy już uporałem się z tym fragmentem, czekał mnie równie przyjemny odcinek jak w niedzielę: droga z reguły delikatnie pięła się pod górę, natomiast zwiększony ruch pojazdów zbytnio nie przeszkadzał w delektowaniu się widokami. Zatrzymałem się na chwilę przed dworcem w Canfranc-Estación (dokładnie 39 km od wyjazdu spod domu). Równo z końcem miasteczka (ok. 1200 m n.p.m.) wystartowałem z liczeniem czasu przejazdu na kolejnym moim segmencie (uroki nieposiadania stravy), którego finisz znajduje się w miejscu dawnego przejścia granicznego (1640 m n.p.m.). 6,86 km podjazdu pokonałem w 31 minut i 56 sekund. Całkiem niezły rezultat, biorąc pod uwagę częściową jazdę pod dość silny wiatr. Wynik gorszy tylko o 14 sekund od tego z ostatniego dnia października. Całkowita droga z Sabi na przełęcz zajęła mi około 2 godziny i 15 minut - muszę w przyszłości zejść poniżej 2 godzin, jeśli chcę myśleć o dobrym miejscu w Quebrantahuesos.
Synonimem drogi do Jaca jest jazda pod wiatr. Kiedy już uporałem się z tym fragmentem, czekał mnie równie przyjemny odcinek jak w niedzielę: droga z reguły delikatnie pięła się pod górę, natomiast zwiększony ruch pojazdów zbytnio nie przeszkadzał w delektowaniu się widokami. Zatrzymałem się na chwilę przed dworcem w Canfranc-Estación (dokładnie 39 km od wyjazdu spod domu). Równo z końcem miasteczka (ok. 1200 m n.p.m.) wystartowałem z liczeniem czasu przejazdu na kolejnym moim segmencie (uroki nieposiadania stravy), którego finisz znajduje się w miejscu dawnego przejścia granicznego (1640 m n.p.m.). 6,86 km podjazdu pokonałem w 31 minut i 56 sekund. Całkiem niezły rezultat, biorąc pod uwagę częściową jazdę pod dość silny wiatr. Wynik gorszy tylko o 14 sekund od tego z ostatniego dnia października. Całkowita droga z Sabi na przełęcz zajęła mi około 2 godziny i 15 minut - muszę w przyszłości zejść poniżej 2 godzin, jeśli chcę myśleć o dobrym miejscu w Quebrantahuesos.
| Ruiny kościoła, które witają przyjezdnych do Canfranc |
| Dworzec w Canfranc-Estación |
| Koniec miasteczka - pozostało niespełna 7 km do przełęczy |
| Pireneje po stronie francuskiej |
| W tle ośnieżona Collarada (2886 m n.p.m.) |
Kilka metrów za dawną granicą czterech francuskich żandarmów zatrzymywało i kontrolowało przejeżdżające samochody. Na mnie spojrzeli jedynie podejrzliwym wzrokiem, gdy przejechałem obok i udałem się na pobliski parking, aby przez chwilę podziwiać panoramę części Pirenejów należącej do sąsiadów z północy. Temperatura wynosiła 6 st. C, wiał lekki wiatr, więc pod dłuższej chwili zacząłem marznąć. Nie mając chwili do stracenia, zjadłem, co miałem, ubrałem na siebie, co miałem i ruszyłem w dół. Na bicie rekordów prędkości muszę wybrać bezwietrzny dzień. Dzisiaj miotało mną jak szatan, więc ze strachem w oczach i paniką w głowie, z trudem utrzymywałem kierownicę podczas przekraczania 80 km/h. Na szczęście i tym razem udało mi się nie zabić. Zjechałem blisko 30 km do Jaca, za którą powoli zaczęła dopadać mnie bomba, niemniej dzielnie stawiłem jej czoła i po zmroku wróciłem zmęczony, acz spełniony do domu.
| Dolina Astún |
| Stoki narciarskie w Candanchú - samo miasteczko leży za wzniesieniem po prawej |
| Rioseta |
Dane z niedzieli:
45,65 km
1 h 49 min 24 sec
Vśr = 25,03 km/h
Vmax = 69,77 km/h
Dane z poniedziałku:
95,43 km
3 h 37 min 43 sec
Vśr = 26,29 km/h
Vmax = 82,76 km/h
Słowo na dziś:
la palabra - słowo
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz